Kolejna noc, kiedy śnił mi się wiatr.
Przenikliwy, szarpiący włosy, spódnicą oblepiający nogi, wpychający oddech do płuc, kłujący w policzki tysiącami igieł kaktusa.
I było coś przerażającego w tym wietrze.
Usiłuję sobie przypomnieć co to było, skojarzyć ten wiatr z jakimś zdarzeniem w nim. Męczy mnie to, przewracam się z boku na bok, wybudzam ze snu.
Skąd ten wiatr i gdzie?
Gdzie byłam w tym wietrze?
Nie pamiętam.
Dzisiejszej nocy też wieje. W prostokącie okna, na żółtawym tle zapalonej lampy przy furtce, widzę jak wiatr kiwa wierzchołkiem jodły rosnącej w ogrodzie.
Powoli powracają wspomnienia…
Tamtego wiatru nie pamiętam.
Ale pamiętam noc, gdy sadziliśmy tę jodłę.
Ile już lat minęło?
Siedem.
Pojechałeś z Tatą po bożonarodzeniowe drzewko do nadleśnictwa. Przywieźliście na bagażniku samochodu olbrzymią choinkę i niewysoką jodłę w donicy a ja stwierdziłam, że miejsce tej jodły jest w ogrodzie.
Ziemia była zmarznięta, zgrabiałe od zimna miałam dłonie a jednak oparzył przypadkowy dotyk Twoich.
Wiatr plątał nasze włosy, gdy pochylaliśmy się nad tym drzewkiem.
- Posadziliśmy wspólnie pierwsze drzewo, kiedyś opowiemy o tym naszym dzieciom – powiedziałeś, patrząc mi w oczy.
Wybuduje też dla Ciebie dom...
Pamiętam nasze ciała naprężone jak noc i ręce, ciekawe, zachłanne, głodne...
W letnie noce wiatr pachniał maciejką.
Całowałam Twoje ciało, ucząc się wspinać po kolejnych kształtach miłości.
Wiatr wiedział i czuł prawie wszystko. Twój dreszcz grający w mym ciele, wzrok odbierany oczom w nocy, gdy skóra rąk miała sto źrenic a słowa wdychane do ust, tkały srebrem wiersze i westchnienia.
Pamiętam inny wietrzny dzień.
Wystawiałam twarz do wiatru a on nieudolnie osuszał moje łzy i tłumił krzyk.
Stała z drugiej strony furtki i nie chciała wejść do domu.
To wiatr ciskał Jej słowa prosto w moją twarz.
Nie przyjedzie na Wigilię.
Nie czekaj.
Jedziemy do Austrii na narty.
Domyślałam się, że w Twoim życiu jest inna kobieta. Po pierwszej zdradzie już nigdy nie potrafiłam Ci zaufać.
Podczas tamtej wieczerzy zabrakło dwu bliskich osób.
Nie potrafiłam płakać.
Wiatr tłukł w okno zamarzniętą rozpaczą po Mamie, jękiem rozbijał szyby Twojego egoizmu.
Pobladło południowe słońce, oniemiał świat, nie poznawałam siebie ani Taty.
Leżę na łożku i patrzę w okno.
Zapalona nad bramą lampa, jest jak księżyc w pełni.
Tegoroczna zima w Tatrach.
Śnieg na zboczach skrzył się w blasku księżyca i gwiazd.
Inny mężczyzna – szarooki.
Tamtej nocy dzieliłeś dla mnie księżyc.
Stałeś za mną i osłaniałeś przed wiejącym wiatrem. Rozpiąłeś kurtkę i otuliłeś mnie jej połami, niczym skrzydłami śnieżnego anioła. Liczyliśmy wagony pociągu wjeżdżającego na dworzec w Zakopanem.
To był zwykły żart - nieparzysta liczba miała oznaczać pocałunek.
Nasz pierwszy.
Wtedy powstał w mojej głowie perfidny plan liczenia lokomotywy tak, aby liczba ta rzeczywiście była nieparzystą.
Dziwnie ciepły wiatr podrywał śnieżny pył i utrudniał liczenie.
- Konwaliami i poziomkami pachną Twoje usta – szeptałeś.
Ciepły wiosenny wiatr we Włoszech, niosący wieści od innego mężczyzny.
Wiatr ochładzał moje rozpalone policzki, gdy biegłam do kafejki internetowej, aby chociaż kilka Jego słów przeczytać.
Marzył ze mną, spacerując ulicami Rzymu, pieścił twarz, włosy, ramiona.
Był muśnięciami motyla.
Potrącał skrzydłem ciszę, ptaki, owady.
Nocami przemieniał się w wirtuoza pieśni słowiczych przy lekkim akompaniamencie drzew, sprawiał, że każda noc była za mała.
- Posłuchaj, to słowik śpiewa w tui – szeptałam o brzasku.
- Posłuchaj, to śpiewają budzące się ptaki za moim oknem– odpowiadałeś.
Był też wiatr sypiący iskrami z dopalającej się altany, jesienny, piekący, łzawy. Odrywał kolejne warstwy z mojego życia, rozliczał piskiem gryzonia grzebanego w popiele, zgarniał zwiędłe liście dzieląc na dobro i zło.
W zadumie pytał:
Co wiesz?
No i co wiesz o Tym, co ci zaufał w chwilach trwogi?
O Tym, który czeka nawet na fałszywy blask miłości?
Chichotał:
Świętuj własną urodę.
W śnie.
Gdy On, jak pies zlizuje rany godzin zwieńczonych ciałospaleniem.
***************
Dzisiejszy wiatr nie targa mną, jak gazetą po pustych ulicach.
Wyśpiewał potrzebę pisania, ciągnąc za ręce, wyrywając ze snu.
Dziś ja jestem jak wiatr.
Obok Ciebie w wieczornym chłodzie.
Ustami wiatru Twoje dotykam, milczeniem nocy, tęsknotą.
Jak wiatr pieszczę twarz i parzę usta.
Poczuj.
Posłuchaj.
Zobacz.
Jestem jak skrzydła synogarlic z naszyjnikiem gwiazd i zapachem ciała we śnie.
Rozrzucam włosy i zapraszam do tańca.
Delikatnie i porwiście.
Rysuję biodra i talię.
Czynię czystość nocy i świt nieba, gdy mówię:
To Ty, wplotłeś mi we włosy nitkę babiego lata, zostawiłeś na rzęsach krople rosy, utopiłeś w mych oczach szmaragd morza.
Pokazałeś jak czas odmierza miłość.
Uchyliłeś rąbek tajemnicy nieba i nauczyłeś, że do szczęścia nie potrzeba nic więcej, bo właśnie ukradliśmy coś życiu.