Świat świątecznych iluminacji...

2006-11-25 18:50:08

Rozsłoneczniony sobotni poranek. Krążę wzdłuż szpalerów samochodów, stojących w równych szeregach - niczym karni żołnierze - na parkingu przed jednym z centrów handlowych.

Kolorowe ozdoby choinkowe, muzyka rozbrzmiewająca z głośników, dekoracje, wystrój poszczególnych stoisk – wszystko wprost krzyczy o zbliżających się świętach.


Amok zakupów już się rozpoczął.

Co w nas jest takiego, że połowa mieszkańców miasta spotyka się w supermarketach?

Dookoła tłum z dziwnym błyskiem w oczach – może to refleks świątecznych iluminacji?

Panienki widzące świat tylko w beżach, brązach i złotym, obładowane marchewką i grejpfrutami, matki z dziećmi oblegające stoiska, całe rodziny gawędzące wesoło w przejściach pomiędzy regałami, nie zdające sobie sprawy z jak chudym portfelem stąd wyjdą.

Wciąż słyszę chichoty, rozpaczliwe tupanie dziecięcych nóżek, wrzaski rozmowy, skrzyp kółek od wózków, szum odkurzacza, muzykę.


A nad tym wszystkim królujący szelest, szelest, szelest banknotów i podzwanianie drobnych.

To choroba, która toczy nasz perfekcyjny świat. Rak, z którym nie poradzimy sobie, póki będziemy istnieć.

Kapitalizm zrobił z nas marketingowe zombie.


Obie z Moniką postanowiłyśmy zapanować nad dzisiejszym szaleństwem kupowania nieprzydatnych „rzeczy koniecznych”.

Najprostszym rozwiązaniem było sporządzenie listy artykułów niezbędnych, ich pobieżna wycena i zabranie tylko takiej kwoty pieniędzy, jaka stanowiła podsumowanie ich wartości.

Nawet dodatkowy fundusz, na upominki mikołajkowe dla chłopców Kingi, pozostał w domu.


Poskutkowało, a raczej poskutkowała wzajemna dyscyplina sprawdzania tego, co każda z nas wkłada do koszyka.

Faktem jest, że nasza przyjaźń kilkakrotnie wystawiana była na próbę przy stoisku z kosmetykami czy sweterkami z najnowszych kolekcji.


- Kupisz po świętach albo obejdziesz się bez tego tuszu - odpowiadam na błagalne spojrzenie Moniki.


Nie była mi dłużna...

- Macaj, dotykaj, oglądaj...
- Przecież kochasz to robić...
- I odłóż to, bo nie wolno Ci tego kupić...



Jako nieliczne stoimy w kolejce do kasy, przyjmującej należność za zakupy do dziesięciu produktów, a koszyk i tak jest zapełniony.


************


- Pomogę to zapakować do bagażnika – rzucił krótko może dziesięcioletni chłopiec.

Szczuplutki, prawie widać poszczególne kości obciągnięte skórą. Silniejszy wiatr chyba by go przewrócił.

Dresowe spodnie ledwie sięgają do kostek. Na nogach przykrótkie skarpetki pokazują gołe ciało. Kurtka wisi na nim niczym na wieszaku, jakby należała do starszego brata.


- Nie trzeba, damy sobie radę.


Ale malec nie ustępuje, chwyta dziesięciokilogramowe opakowanie cukru, pod którego ciężarem aż ugięły mu się nogi i ostrożnie wkłada je do bagażnika.
Kolejne zakupy zniknęły wewnątrz samochodu, ale chłopiec nadal stoi przy aucie.


- Mogę odprowadzić wózek? Wezmę tę złotówkę za pomoc.


- Zaczekaj. Dlaczego tu przychodzisz?


- W domu bieda - mówi niemal szeptem malec, spuszczając oczy w ziemię.

- Ojciec ma raka, a matkę zwolnili przed wakacjami z pracy. Sprząta po ludziach, ale i tak brakuje pieniędzy.

- Ja muszę tu przychodzić
– nagle głos chłopca dziwnie załamuje się, a po policzkach szybciutko spływają dwie łzy. Po nich następne, rozmazane w połowie drogi wierzchem drobnej dłoni.


- Była Pani kiedy przez dwa dni bez żadnego jedzenia? – widzę, jak drobne ramiona drżą powstrzymywanym szlochem.


- Byłem głodny, więc przyszedłem pod sklep. Tu zawsze dużo ludzi robi zakupy. Do każdego nie podchodzę. Jak ktoś wychodzi z małą siatką, to wiadomo, że zakupów zrobił niewiele i mi nic nie da. Ale jak ktoś wyjeżdża z pełnym wózkiem to wiem, że ma pieniądze. Czasami ludzie dają jakiś grosz. Raz jeden pan aż pięć złotych. Inni, jeśli w ogóle dają, to najwyżej złotówkę. Jak uzbieram trzy lub cztery złote to robię zakupy i wracam do domu.


- A co na to mama?


- Mama wie, że tak robię. Na początku płakała a ojciec nawet dał mi lanie. Teraz leży w szpitalu.


- Gdzie mieszkasz? Daleko?


- Nie. Trzy przystanki tramwajem. Wie Pani, gdzie jest ulica N?


- Wiem. To w moja stronę. A czy Twoja mama myje okna?


- Pewnie. Wszystko potrafi.


- Macie w domu telefon?


- Nie. Ale sąsiadka ma.


Malec skrupulatnie przygląda się jak zapisuję numer swojego telefonu, po czym starannie chowa karteczkę do wewnętrznej kieszeni kurtki.


- Dziękuję – mówi do jabłka, które wyciera o bok kurtki i już z pełnymi ustami pyta – a dzisiaj można zadzwonić?



************


Wiesz, miałam tę kremową bluzkę kupić sobie w przyszłym tygodniu – cichy głos Moniki odbija się od bocznej szyby – ale dziwnie jakoś zszarzała.

I jakoś mniej kolorowy stał się ten świat.

Może dlatego, że niebo się zachmurzyło?



skomentuj (1)


Strona główna