Wolniutko, bezszelestnie, stopa za stopą, krok za krokiem stąpam w Twoje poranki, gdy klaksonem na podjeździe wszystkim sąsiadom oznajmiasz, że już czekasz, aby mnie odwieźć na uczelnię.
I wowczas świat wokół jaśnieje, pomimo siąpiącego deszczu, bo wiem, że nadąsany nie wciśniesz pedału gazu o ile nie pocałuję Twojego policzka na „dzień dobry”, a Ty znów - śmiejąc się - zażartujesz:
czy te poziomki zawsze muszą pozostawiać taki gorący ślad na skórze?
Z radosnym uśmiechem wkraczam w Twoje popołudnia, biegnąc do samochodu czekającego na przyuczelnianym parkingu, wciągam Cię w swoje sprawy uczelniane, opowiadam o tym, co się dzisiaj wydarzyło.
I chociaż widzę z jakim skupieniem obserwujesz popołudniowy korek na jezdni, to wiem, że mnie uważnie słuchasz.
Bywają też takie powroty, gdy nie mówię nic.
Wtedy wiesz, że należy milczeć, bo żadne słowa nie zatrą obrazu sekcji, który nadal mam pod powiekami, że nie ma odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie można było pomóc, dlaczego chorując tak bardzo się cierpi?
W takie popołudnia wiem, że przyjdziesz zanim noc na dobre zagości za oknem i nie pozwolisz mi samotnie szukać odpowiedzi na wciąż rodzące się wątpliwości, pytania.
Dzielisz ze mną tę ciszę szelestem przeglądanej gazety, aromatem kawy, którą ciągle przyrządzasz, zalewając wrzątkiem wsypane do kubków drobiny.
„Lubię, jak cukier, który wsypuję do kubka, brązowieje i powoli zapada się w głąb, niczym balansujący na krawędzi desperat po podjęciu decyzji.
Kiwa się w przód i w tył, jakby zastanawiał się czy dać krok w przod, czy się cofnąć - i w końcu - spada w otchłań - kiedyś powiedziałeś.
Wiesz, przypomina Ciebie i Twoje obawy, takie zliczanie wszystkich za i przeciw, ważenie ich z iście jubilerską dokładnością...”
Tak, ważę swoje za i przeciw.
Bo stale zbyt wiele pięknych kobiet wokół Ciebie.
Chyba zawsze były, ale ich namacalną obecność odczułam szczególnie na pokazie kolekcji Twojej koleżanki z uczelni.
Młode, piękne, długonogie, dopracowane w najdrobniejszym szczególe i tak bardzo pewne swej urody. Przypominały wielobarwny rój motyli, tańczący w świetle jupiterów, niczym w promieniach słońca.
Siedziałam na przydzielonym mi krześle, w drugim rzędzie, obok dwu kobiet omawiających cennik operacji plastycznych i obserwowałam te młodziutkie dziewczyny, stanowiące centrum męskich spojrzeń, gestów, wędrówek przez falujący tłum.
Pod przykrywka szerokich, wystudiowanych uśmiechów, odsłaniających pełne uzębienie, w przechyleniu szyi, wygięciu talii, trzepocie rzęs, wyuczonym geście uniesienia lampki szampana, zobaczyłam drapieżne zwierzęta, nasycające się w porze uczty ale ciągle czujne, bacznie obserwujące otoczenie, kalkulujące, oceniające, taksujące... i nawet nie zachowujące jakichkolwiek pozorów.
Fałsz?
Obłuda?
Sądzę, że tak.
Fałsz przejawiający się w nagłym uśmiechu, gdy buzia zwraca się w kierunku rozmówcy i zimne, sztyletujące spojrzenie w kierunku konkurentki, gdy tylko tamta znajdzie się zbyt blisko.
Radosny, grupowy uśmiech przy pozowaniu do zdjęć i zimna twarz, gdy tylko przestały błyskać flesze.
Wydęte usta, wypchnięte do przodu biodra, maksymalnie wciągnięte brzuchy i ściągnięte pośladki.
I ten wyraz znudzenia.
Czy też wystudiowany?
Opuściłeś właśnie taki wianuszek rozszczebiotanych motyli i podszedłeś do mnie.
Posmutniały Twoje oczy... wracamy?
Nie, bawię się świetnie.
Przypomniało mi się tylko coś i się zamyśliłam, ale to już minęło.
Zostańmy jeszcze.
Czy miałam Ci przytaknąć?
Czy miałam powiedzieć, że jestem zazdrosna o te kobiety, przy których nagle poczułam się dziwnie stara?
One zawsze będą młode, piękne, kuszące i ciągle nowe.
Przysunąłeś sąsiednie krzesło i siadając przede mną, odgrodziłeś mnie od tamtego światu.
Nachyliłeś się do przodu i pogładziłeś mój policzek.
Kocham w Tobie tę zazdrośnicę... i cieszę się, że jesteś zazdrosna, bo to oznacza, że nie jestem Tobie obojętnym.
Przeobrażasz się z kociaka w drapieżną kotkę... i to w Tobie ubóstwiam.
I tylko niech Ci nie przyjdzie do głowy odchudzanie się.
Ślicznie wyglądasz w tej zielonej sukience.
Przypominasz kolumbijskie silicato berilio alluminico, taki lśniący esmeraldas bez najmniejszej skazy żółci i błękitu.
Chodź... przedstawię Cię reszcie moich znajomych...
(*******)