Na mojej skórze iskrzą ślady pocałunków.
W miejscach, gdzie płonie nerwowość oczekiwania, pisana gęstniejącym pożądaniem na dotyk Twoich ust, zapowiedzią rozkoszy kurczy się przestrzeń.
Poza granicą dotyku poznaję wieczność nienasycenia, półcienie szeptów, bezprawie grawitacji.
Gdzieś pomiędzy labiryntem złudzeń a krainą snów, pomiędzy nocą a dniem, palcami rąk sięgam dachów piekła, rozbieganą ciemnością ulatuję i opadam z ziemi do nieba, rozkołysaną ciszę zamykam w Twoich ramionach, wchłaniam miłość namiętnie niczym gąbka.
Rozsmakowuję się w muśnięciach linii papilarnych dłoni, wyrzeźbiających kształt piersi, przesiąkam Twoim zapachem, ubieram w pożądanie koniuszek języka, szukając głębi w oczach - wnikam nienasyceniem.
W środku już nie-ja.
Z każdym dniem coraz więcej Ciebie we mnie.
Ogromne nienasycenie.
Erotyzm.
W każdym spojrzeniu.
Ruchu ciała.
Dotyku.
Słowie.
Jestem pełna... miodu od naszego prawie-miodowego miesiąca, jak herbata albo jak pasieka.
Uśmiech w kolorze zgaszonego światła, ręce drżące rozsmakowaniem powstrzymywania pośpiechu, szelest ust na skórze, zamknięty w dłoni krzyk, z wdychanych słów warkocze szczęścia.
Już wiem co znaczy potrzebować Ciebie niczym powietrza.