Marionetka...
2007-01-10 04:57:21
Życie to nie teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;
Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada;
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach.
To jest gra!
Miała niecałe 18 lat, gdy stanął w promieniach jesiennego słońca na progu jej domu.
Był aktorem - starszym, doświadczonym w wielu odgrywanych już wcześniej rolach.
Wpatrzona w jego perfekcyjna grę, coraz śmielej pozwalała pociągać za swoje sznurki, coraz posłuszniej przystępowała do dwuosobowej sztuki, którą on nazwał „miłością”.
Zafascynowana osobowością, urokiem osobistym (któremu ulegli również pozostali aktorzy) pokochała pierwszą dziewczęcą miłością.
W uległości swojej przypominała marionetkę, którą on stopniowo nauczał najpiękniejszych strof miłosnych, misternie je reżyserując.
Jednakże życie ukazało swoje brutalne oblicze.
Na scenie ich teatru pojawiła się nowa aktorka.
Pewnego dnia, właśnie z nią, dotychczasowy nauczyciel zagrał jedną ze scen miłosnych, której była przypadkowym widzem.
Marionetka opuściła teatr.
Powoli związywała poszarpane sznurki, sztukowała je, przywracając ciało do funkcjonowania.
Nowa aktorka prawdopodobnie nie sprostała wymaganiom reżysera, ponieważ ten znów zapukał do drzwi marionetki, przynosząc w dłoniach kontrakt wyznaczający datę angażu.
Uległa namowom innych aktorów i wybaczając - przyjęła kolejną rolę.
Może swoje dotychczasowe niepowodzenie przypisywała brakowi profesjonalizmu?
Ale rola, którą wspólnie odgrywali, nie była już tak piękna.
Powiązane sznurki stawiały opór supłami, a i ruchy reżysera pewnego dnia sprawiły ból fizyczny.
Ten, przeczuwając zapewne koniec duetu, podpisał trzyletni angaż do trupy grającej na innych scenach.
Jeżeli mam coś w życiu osiągnąć jako aktor, muszę uczyć się od innych, grających w odmiennych, bardziej komfortowych, warunkach.
Wrócę i założymy nasz własny, wspólny teatr - zapewniał osuszając -pocałunkami pożegnania - zapłakane oczy i policzki.
Przesunięto też, wcześniej uzgodniony, termin podpisania angażu.
Dobrze, będę czekała - zapewniła.
I czekała.
Odwiedzała czasami garderobę aktora, ale nie potrafiła tam się odnaleźć.
Zbyt mocno tęskniła za osobami, których grę znała od zawsze.
Dobiegał do końca trzyletni okres rozstania, ale wykształcony już aktor nie powracał.
Na kolejną prośbę i pytanie o powrót odpowiedział, że odnalazł siebie w tym nowym teatrze i pozostanie, bo na tamtej scenie może się realizować.
Prawdopodobnie wpływ na tę decyzję miała kolejna, bardziej doświadczona aktorka, która gościnnie, przez pewien czas, występowała w trupie aktora, i przez kilka tygodni razem z nim grała.
Rozstanie było bolesne, tym bardziej, ze przez te kilka lat marionetka doroślała. Poznała inne osoby, spotkała się też z obłudą, zawiścią, zazdrością.
Dostrzegła, że dotychczasowy pan i władca jest wielkim cynikiem. Nie był takim w stosunku do niej, ale wielokrotnie widziała to w jego relacjach z innymi osobami.
Zobaczyła również, jakim okrutnym potrafił być ten mężczyzna w stosunku do innego, któremu się spodobała.
Przerażona nie potrafiła już nigdy wymazać ze swojej pamięci widoku zmasakrowanej osoby, leżącej na szpitalnym łóżku, nie potrafiła też o tym z nikim rozmawiać.
Milczeniem swoim stała się współwinną.
Prawdopodobnie tamto okrucieństwo i strach spowodowały, że podczas pogrzebu jednej z bardzo bliskich aktorek, zaakceptowała propozycję wspólnego wyjazdu.
Nowe życie okazało się koszmarem.
Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam;
Życie to nie tylko kolorowa maskarada;
Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest;
Wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć!
Ty i ja - teatry to są dwa.
Ty i ja!
Wyszkolony już profesjonalnie aktor rzucił się w wir pracy zawodowej, pozostawiając ją samą cale dni i noce, niczym niepotrzebną nikomu marionetkę.
Nową rolą, do której została zaangażowana, było granie zadowolonej, zadbanej, wręcz szczęśliwej pomocy domowej i wyuzdanej kochanki.
Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.
Nawet kiedy źle ci jest, to nie jest źle.
Bo Ty grasz!
Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
W tajemnicy przed swoim partnerem kupiła powrotny bilet, w jedną torbę spakowała osobiste rzeczy i w pewną deszczową noc, zmarznięta i przerażona, zapukała do drzwi swojego dawnego teatru.
Stary, samotny aktor, który tam mieszkał, wysłuchał naprędce zmyślonej opowieści o tęsknocie, jednakże nie wierzył - tak do końca - historyjkom o satysfakcjonujących, przynoszących szczęście chwilach.
Przerażona marionetka truchlała na dźwięk każdego telefonu, odgłos hamującego samochodu, najmniejsze skrzypnięcie furtki. Bała się, że na swojej drodze spotka kiedyś mistrza.
I spotkali się.
W pewne świąteczne popołudnie, śmiało wkroczył do jej garderoby – wszak kiedyś posiadał klucze nie tylko od jej serca.
Bolesnym było to spotkanie.
Nie bolały tak bardzo sine bransoletki na przegubach rąk, jak słowa - ja wrócę.
Dzisiaj bankiet u atrystów, ty się tam wybierasz;
Gości będzie dużo, niedostępna tyraliera;
Flirt i alkohole, może tańce będą też,
Drzwi otwarte zamkną potem się.
No i cześć!
Wpadnę tam na chwilę, zanim spuchnie atmosfera;
Wódki dwie wypiję, potem cicho się pozbieram;
Wyjdę na ulicę, przy fontannie zmoczę łeb;
Wyjdę na przestworza, przecudowny stworzę wiersz.
Ty i ja - teatry to dwa.
Ty i ja!
Powracał.
Siedziała skulona w kącie pokoju i obserwowała zabarykadowane komodą drzwi, wzrok śledził najmniejsze drgnienie klamki, niczym klaśnięcia strzałów wstrząsały tak bardzo znajome kroki.
Strach, bojaźń, ucieczka w głąb siebie... i poddanie.
To był ślepak - ale to nim wykrzyczała wszystkie swoje lęki, ból, strach, przerażenie i koszmary nocne, wyrywające z łóżka - zlane zimnym potem - ciało. Bo tylko ciało jeszcze reagowało lękiem.
Rozliczanie przeszłości... materialne i duchowe.
Kolejne wizyty i groźby porachowania się z kimkolwiek, kto spróbuje zaistnieć w jej życiu.
Wiedziała jak potrafi być okrutnym.
Siłą wciągnięta do samochodu i wywieziona w najbardziej zatęchły rejon bagien, po stokroć przyrzekała, że nie zatańczy tańca motyli...
Bolesna, bardzo długa aborcja rodzącego się uczucia...
Szantaż emocjonalny i ból...
Kolejne ucieczki... czasami w towarzystwo Białej Pani...
Już nie płakała.
Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.
I niezaraźliwy wcale jest twój śmiech.
Bo ty grasz!
Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
Cały jestem zbudowany z ran.
Lecz gdy śmieję się, to w krąg się śmieje świat!
Nie dostrzegł tego mieszkającego tuż obok, tego, który cierpliwością i spokojem zakraplał pojedyncze krople siły - może rzeczywiście najciemniej jest pod latarnią?
Myślała, że jest już silna.
Do przedwczoraj.
To był zwyczajny dzień, zwyczajny poranek, kubek kawy, codzienne poranne obowiązki wykonywane w pośpiechu, bo zaspała rozmawiając długo w noc z tym, którego sprawy zawodowe wywołały daleko - kilka tysięcy kilometrów od niej.
Otworzyła z rozmachem drzwi wejściowe i wpadła wprost na czekającego za nimi upiora...
***************
W najciemniejszym kącie najmniejszego pokoju, w czeluści największego, spośród znajdujących się w domu foteli, siedzi w dziwnie skulonej pozycji, niczym porzucona w rogu pustej sceny marionetka.
Podciągnięte kolana, na których oparła brodę, mocno objęła ramionami – jakby wtuleniem w samą siebie chciała zminimalizować istnienie, zamknąć w jak najmniejszą powierzchnię ciało, powstrzymać dygocące kolana i dzwoniące zęby, zatrzymać wewnątrz to coś, co dało siłę, by gwałtownie przeciwstawić się po raz pierwszy ...
głośno i wyraźnie...
prosto w twarz...
Padały kolejne słowa niczym policzki.
Ale tym razem to ona uderzała.
Nie!
Dość!
Już nie nadstawię drugiego policzka!
Nie zapomniałam i nie zapomnę żadnego bólu i upokorzenia.
Cynizmem rozliczała przeszłość.
Wspomnienia pokryły twarz makijażem w barwach wojny.
Niczym kameleon, w chwilę, przeistoczyła się w furię.
Nie prosiła o pozwolenie, nie rzuciła na szalę ulotności dotyku, który nagle stał się największym ciężarem.
I miała pewność, że wygrywa...
We wpisie wykorzystałam fragmenty wiersza Edwarda Stachury "Życie to nie teatr"
( *** )
skomentuj (11)