Życie człowieka to droga.
I tak jak ona ma swój początek – punkt wyjścia, ma również swój koniec – cel ku któremu zmierzamy.
Od chwili narodzin wkraczamy w tę podróż – raczkując, podnosząc się na kolana, niepewnie stając i stawiając nieporadne, pierwsze kroki.
Rozpoczynamy naszą wędrówkę przytrzymując się mebli, chwytając za palec wyciągniętej ku nam pomocnej dłoni. Z czasem kroki nasze stają się coraz pewniejsze, szybsze.
Rozpoczynamy swój marsz, który później zmienia się w bieg.
Biegniemy, bo i życie biegnie coraz prędzej.
W biegu przez życie napotykamy mogiły.
Przed niektórymi z nich zwalniamy – przystajemy w rozpaczy, bólu, zadumie, odczytujemy imiona, daty, wyliczamy liczbę dni, lat wędrówki spoczywającej tam snem wiecznym osoby, przywodzimy z zakamarków pamięci jej obraz, głos, dotyk.
To mogiły bliskich nam osób.
Przed innymi tylko zwalniamy, odwracamy w ich kierunku głowę – chwila refleksji, wspomnienia... i znów przyspieszamy nasz bieg do celu, jakim jest kres naszego życia.
Są również mogiły, które omijamy obojętnie.
Ale są też mogiły, przy których zadajemy sobie pytanie - dlaczego?
I nie jest odpowiedzią często widniejący napis na nagrobkach : „Bóg tak chciał”.
Bo Pan Bóg nie po to daje nam życie, by je zabrać.
Na pewno nie było Jego celem zabranie życia dwudziestu trzem górnikom.
Nie chcę się wypowiadać, kto jest winnym śmierci tych mężczyzn, nie chcę osądzać kto powinien zapłacić za cierpienie i rozpacz.
Przeglądając blogi znalazłam na Onecie blog Krzysztofa Cybucha "Marsz Wydarzeń", a w nim wiersz, który zacytuję:
Poczekaj proszę, zaraz będziemy,
dwadzieścia metrów, to nie tak wiele,
dla ciebie chwila, wieczność, my wiemy,
jesteśmy obok, jak przyjaciele.
Poczekaj proszę, na górze rodzina,
Boże, tu ogień, tu bardzo ciasno,
nieważne teraz, która godzina,
na dworze, pewnie znowu jest jasno.
Cisza w "Halembie", cisza na Rudzie,
rękami węgiel wyrywać trzeba,
maszyny nie mogą, więc muszą ludzie,
w workach wynosić kamienne nieba.
Wytrzymaj proszę, jesteśmy blisko,
na skata kiedyś jeszcze pójdziemy,
znów jakiś promyk nadzieją błysnął,
słyszysz stukanie ? to my idziemy...
W innym miejscu znalazłam napisane dokończenie tego wiersza (autor nie podpisał się):
Doszliśma chłopy; nie nasza wina;
metan nie dawał, wstrzymali akcję;
wiedzielim przecież - każda godzina
przybliża do was ostatnią stację.
Wiela nas było, radęm by dali
wynieść was nawet bez dechu w piersi;
choćbyśma mieli piersi ze stali
szybciej nie dało tam się dowiercić.
Przyszli my teraz, chodźcie na górę.
Już macie fajrant, szychta skończona.
Tam na powierzchni pocieszysz córę;
zobacz - na ciebie już czeka żona.
Pożegnaj bliskich, przyjmij sakrament
i okiem martwym spójrz ku obłokom
a potem w ziemi, gdzie czarny diament
dół wykopiemy - nie tak głęboko.
Masz już Panie Boże w niebie Aniołów, Archaniołów i Świętych zastępy, po cóż Ci 23 górników?
Być może potrzebujesz kogoś do wydobywania niebiańskich diamentów?
Oby Ich niebo nigdy już nie było kamiennym...
<*> <*>