I tak jakoś Puchatkowo zrobiło się...

2006-12-06 20:32:23

Wraz ze zmrokiem wróciłam do domu.

Zapalone lampki na trzech świerkach rosnących w ogrodzie, które wczoraj ustroiłam, przywołały kilka chwil zadumy, refleksji.


Bo grudzień to taki magiczny miesiąc: poranne ciemności, świat spowity jakby ciągłą nocą, ale światła, światła wszędzie...

I mimo tego, że zawsze w domu moich Dziadków i Rodziców grudzień był - przede wszystkim - miesiącem na przygotowanie bardziej wewnętrzne do świąt Bożego Narodzenia, to ja już doświadczyłam świateł, gwaru, nastroju, zapachów, kolorów i innych szaleństw czasu grudniowego.

No ale przecież te okna, firanki, porządki, obrządki, to wszystko tworzy też atmosferę przygotowań do tych szczególnych dni.

Postanowiłam, że nie będę, jak zazwyczaj, odkładać wszystkiego na potem i że jakoś poukładam siebie w sobie.

Tym sposobem znaczna część prezentów czeka już tylko na opakowanie.


I jednego jestem pewna - z tym wyprzedzewniem nie tylko ja, ale świat zwariował.

Ledwo wkroczyliśmy w listopad, przyrodzie się pomyliło z opadami nie tego co trzeba, a teraz jakby wiosna wciąż czaiła się za rogiem.

We wrześniu do czipsów wrzucili hallowennowe tatuaże, w listopadzie ulice zaroiły się od Mikołajów. Tuż przed świętami pewnie będziemy mogli zastanawiać się co i komu podarować na, wlazłe do nas tylnymi drzwiami, Walentynki.

W lutym zapewne wielu już będzie pakowało walizki w celu wybycia na majowy weekend, a w czerwcu wyprawki dla pierwszoklasistów będą krzyczały do nas gamą barw i kształtów z ekranów telewizorów, okładek czasopism, witryn sklepowych.

Pędzimy, pędzimy, pędzimy... i coraz częściej mam wrażenie, że chce się nam na siłę czas jeszcze bardziej przyspieszać.


Tak sobie myślę, że coś tu chyba jest nie tak.

Grudzień to również czas adwentu.

Wiem, że powinnam stanąć z boku tego wszystkiego, spojrzeć oczami Dziadków, dostrzec tylko to, co dla mnie ważne, że to moje oczekiwanie na maleńki cud, wcale nie musi czynić ze mnie nerwusa biegającego po domu ze ściereczkami do kurzu lub płynami do mycia okien.

Ten Najważniejszy narodził się w skromnej stajence, a stali obok Niego najprościej uśmiechnięci pastuszkowie.

Niech zatem będzie zwyczajnie, cicho i spokojnie, bez obaw, że z czymś nie zdążę, kogoś nie zadowolę, zapomnę czegoś kupić i postawić na stole.

Nie wiem czy dobrze robię, ale wewnętrznie czuję, że tego mi potrzeba.


A prezenty?

Myślę, że to kwestia podejścia.

Nie musi być to coś wielkiego, niewyobrażalnego, aby sprawiło radość.

I naprawdę nie jest ważne ile się wyda na prezent.

Najważniejszym jest dobry pomysł, może poznanie marzeń najbliższych?

A te marzenia, wbrew pozorom, są czasem całkiem przyziemne.


Chłopcy Kingi podpytani o to, co chcieliby otrzymać w prezencie, odpowiedzieli – siedmiokolorowe długopisy.

I myślę, że te prozaiczne długopisy ucieszą ich bardziej niż super błyszczące, zdalnie sterowane samochody.

Dokupiłam Im jeszcze po klaserze na znaczki i okazjonalnie - na allegro - stary zbiór znaczków, gromadzony latami przez kogoś innego.

Poczekam na Tatę i pójdziemy do Tych urwisów z naszym Mikołajem, wiedząc, że pięknymi i prawdziwie szczęśliwymi będą Ich dziecięce wzruszenia.


Bo to dziś Mikołajki, a postać Świętego Mikołaja ma w sobie taki potencjał dobra i miłości, że każdy z nas może się czasem w niego zamienić, aby czerpać z jego życiowej postawy to co było prawdziwie świętym.


Zapatrzyłam się na te zapalone lampki za oknem i przypomniały mi się moje dzisiejsze Mikołajki.

Wracałam zmęczona po zajęciach obok domu Piotra a Jego Mama zaprosiła mnie na ciepły obiad.

I tak jakoś Puchatkowo zrobiło się na świecie, bo:


"...kiedy się tak chodzi na zimnie i wietrze i nagle się wejdzie do czyjegoś domu, i tam ktoś powie: 'Jak się masz, Puchatku! Właśnie przychodzisz w samą porę, żeby zakąsić jakieś małe Conieco, i zakąsza się jakieś małe Conieco, to jest to coś, co nazywa się Miłym Dzionkiem."


A wieczorem czekać będę na śpiew albo szept szarookiego Anioła.

I jestem pewna, że usłyszę.



skomentuj (0)


Strona główna