Do dwudziestu minut oczekiwania na przyjazd pospiesznego z Warszawy, mgła dorzuca kolejnych trzydzieści.
Za długo, by czekać na peronie, za krótko, żeby pójść do miasta.
Zresztą zapadająca noc nie zachęca do spaceru.
Pozostaje zatem poczekalnia dworcowa albo bufet.
Ciężki zaduch dworcowego bufetu.
Zapach oczekiwania, zawieszenia, zdenerwowania i straconych szans. Kwaśno-słodki, zimny pożegnaniami, rozstaniami, łzami...
Nigdy się go nie zapomina.
Dzisiaj znów go poczułam.
Proszę, kochana – głos bufetowej zawisł nad filiżanką małej czarnej.
Zabawne.
Przecież mnie nie zna.
A może do wszystkich tak mówi?
Stolik pod oknem przy którym siedzi starszy mężczyzna. Je kanapkę.
Podchodzę powoli, odsuwam krzesło, pytając wzrokiem – czy mogę?
Oczy mężczyzny pokazują coś, co mogę uznać za „proszę”.
Stawiam kawę i siadam.
Prawie godzina czekania na przyjazd Taty.
Martwy czas.
Zatrzymane w pół kroku życie.
Dlaczego nie potrafię czekać? Za bardzo jestem nastawiona na bieg, za bardzo mnie pochłania.
Rozglądam się leniwie.
Na chwilę mój wzrok przykuwa jakiś śpiący bezdomny. Brudny, okrutnie zarośnięty ale nie budzi we mnie odrazy.
Cóż – życie...
Para wchodząca do bufetu.
Bardzo wysoki chłopak i niska dziewczyna. Różnica wzrostu przynajmniej 30 centymetrów. Dlatego ona zadziera głowę mówiąc coś, a on pochyla się.
Moją uwagę przykuwają jej oczy - ufnie zapatrzone w niego, wpatrzone w skupieniu, pełne oddania, czułości.
Pełgające ogniki szczęścia...
Wygląda tak, jakby tymi oczyma chciała wskoczyć do jego środka.
Cała.
Chłopak patrzy na nią z mocą, jakby chciał ją zahipnotyzować.
Pochyla się jeszcze bardziej i całuje czubek jej nosa, a następnie usta.
Miękki pocałunek, taki, jakie potrafią sobie dać ludzie, kiedy zgadzają się na siebie.
Nie namiętność.
Pocałunki to taki papierek lakmusowy relacji.
Niekoniecznie muszą padać słowa. Gesty mówią czasami o wiele więcej.
Trzaskające zazwyczaj drzwi zamykają się - tym razem - bez najmniejszego szelestu.
Do baru wchodzi niewysoki mężczyzna. Podchodzi do stołu, przy którym siedzi rozbawione i głośne towarzystwo.
Nagle ucichło.
Przyjaciele? Znajomi?
Mężczyzna stoi przy tym stoliku i też milczy. Ktoś w końcu zauważa jego obecność i robi mu miejsce. Siada.
Przez kilka chwil wszyscy wpatrują się w twarz tego milczącego.
Zniecierpliwieni oczekiwaniem wracają do rozmowy...
Niesmaczna ta dworcowa kawa, lekko kwaśna. I chyba w tym cały jej urok.
Mężczyzna czytający gazetę.
Monosylabami coś odpowiada na pytania siedzącej - tuż obok - kobiety.
Jej oczy bacznie obserwują dziecko, bawiące się ze strasznie wychudzonym psem.
Dworcowy kundel?
Przecież może roznosić zarazki dziesiątek chorób!
Kobieta wstaje i podchodzi do bufetu.
Co zrobi?
Kątem oka dostrzegam jakiś ruch. Do stolika ktoś podchodzi.
Chyba to ten bezdomny.
Nie pomyliłam się.
Wyciąga wychudzoną dłoń w moim kierunku, prosząc o jakiś datek.
Mam lepszy pomysł - mówię i idę do bufetu po talerz gorącej zupy.
Stawiam talerz na stoliku, oczami prosząc, by usiadł na moim miejscu.
Odwracam się i idę w stronę drzwi.
- Zaczekaj – słyszę cichy głos.
Nie, nie chcę zawierania znajomości, nie chcę rozmów. Nie dziś.
Odwracam się i staję twarzą w twarz z mężczyzną, do którego się przysiadłam.
- Zaczekaj – ja Ciebie chyba znam. Widziałem Ciebie latem w szpitalu. Siedziałaś tam całe noce.
Ja też siedziałem w sali obok... i czekałem na śmierć mojego Ojca.
I już wiedziałam, że zaczekam...
Widziałem, że Twój ojciec wychodził ze szpitala.
Ja mojego zabrałem do hospicjum.
Niedawno Go pochowałem.
Nikt z dawnych przyjaciół ani znajomych, nie przyszedł na pogrzeb.
Kiedyś działał w Solidarności.
Obracał się wśród ludzi, którzy później usadowili się w świecie biznesu i władzy, wyznaczali nową, słuszną drogę.
Czasami w monitorze poczekalni dworcowej obserwował dziwnie bielejącą równość ich uśmiechu, świetnie skrojone garnitury i nienagannie wywiązane krawaty.
Czytali już wtedy tylko własne książeczki czekowe.
Niekiedy wymijali Jego dworcową ławkę, pomiędzy „delegacyjnym” z Warszawy a oczekującym na parkingu samochodem.
Teraz już nie podróżują pospiesznym.
Spotykał ich też na ulicy.
Prosił by dorzucili się na bełta.
Powinni się od niego odwrócić, ale nikt mu nie odmawiał. Dawali pieniądze, jakby coś spłacali, jakby w ten sposób spłacali jakiś dług.
A może w ten sposób uciszali wyrzuty sumienia?
Bo przecież oni poszli w górę, wspinali się na kolejne szczeble, coś zyskali, coś pogubili a On pozostał w miejscu - nie nadążał za nimi, za tym młodym, drapieżnym kapitalizmem.
Być może wypalił się wewnątrz we wcześniejszych latach?
A może zabrakło celu walki?
Bo z kim miał walczyć?
Jak byłem w piątej klasie, po kolejnej awanturze w domu, gdy matka - chyba po raz setny - zarzuciła Mu nieudacznictwo życiowe, wyjechał w Bieszczady. Do pierwszych przymrozków wypalał tam węgiel drzewny.
Wrócił na Wszystkich Świętych.
Zapakował do walizki piętnaście lat życia, ucałował mnie na pożegnanie i uścisnął dłoń przyjacielowi, który zajął Jego miejsce.
Zamieszkał z bratem w wynajmowanej kawalerce.
Pił.
O rozwodzie, który orzeczono bez Jego udziału, dowiedział się ode mnie kilka lat później.
Wtedy chyba miał okres trzeźwości.
Podszedł do mnie na podwórku, a ja wykrzyczałem, że nie jest już moim ojcem, tylko pijakiem, że się Go wstydzę i nie chcę już nigdy na oczy widzieć.
Którejś zimy zamieszkał w poczekalni dworcowej, a z czasem dworzec stał się Jego domem.
W czasie mrozów zabrali Go do św. Alberta.
To Oni mnie odnaleźli latem.
Wiesz czego najbardziej mi żal?
Wiem. Że czasu nie da się cofnąć.
**********
Obiecałam ten wpis mężczyźnie, do którego dosiadłam się w dworcowym bufecie.
( ****** )