Bardzo wolno spadający wieczór - poprzez perłowość aż do ciemnej szarości - wygasza światło zamierającego dnia.
W prostokącie okna powolną wojnę mrokowi zimnego wieczoru wypowiada stopniowo rozjaśniające się słońce sodowej latarni.
Tysiącami tęczowych barw, które roziskrzają spadające śnieżynki, przesłania sylwetki domów, ludzi i drzew, oswaja samotność nocy.
Nadchodząca godzina zimowej nocy ciemnością zasłania cały nasz świat, wtapiając stopniowo wszystko wokół nas w czerniejące tło. Każda rzecz, na krótką chwilę, ubiera swoją wieczorną twarz i powoli rozpływa się w mroku.
Lecz ciemniejący mrok nie przeszkadza w widzeniu. Czasami może lepiej mniej widzieć, schować w szarość płonące policzki, ukryć gesty prowadzone przez pragnienie, co im bardziej jest zaspokajane, tym jest większe.
Ciemnością nocy zakrywam moje zawstydzenie.
Proste gesty, proste ruchy, w których można ukryć wszystko, nawet najbardziej złożone myśli i uczucia.
Noc półmrokiem przesłania kolejne obrazy.
Cień Twojej sylwetki, tuż obok.
Wyostrzeniem wszystkich zmysłów staram się odnaleźć w mroku, rozpoznawać kształty, zapachy, usytuowanie, odległość, odgłosem cichutkiego oddechu lokalizuję Twoje usta, prawie namacalnie dotykam Twoich myśli, odczuwam całą sobą...
Dostrzegam jaśniejszy błysk Twoich źrenic w których, przez moment, zalśnił odbity promień zaokiennego światła.
Oczy wpatrzone w oczy.
Hipnotyczne.
Pełne pożądania, pragnienia gaszonego w myślach, ale nieugaszonego, by odkrywać po raz kolejny to, co w mroku ukryte i zagadkowe zarazem.
Dłonie palcami oswajają kształt nocy.
To jest jak niemy film, jak opowieść bez słów, bez zagranej nawet zza kadru melodii.
Unoszę dłoń i delikatnie dotykam opuszkami Twój policzek.
Opuszkowy dotyk, taki, żebyś czuł zaledwie muśnięcie, jak pocałunek anioła, pieszczota skrzydła motyla, pajęczy jedwab, niczym zatracenie w delikatność.
Palce lekko ślizgają się po delikatnej szorstkości zarostu, prawie nie dotykają.
Opuszkami karmię cicho swoje pragnienie innego zapamiętania, rysuję zarys Twojej szczęki, krawędzi płatka ucha i tego miejsca pomiędzy uchem a policzkiem.
W czubkach moich palców rodzi się soczewka dotyku, pięciokrotna źrenica wzroku odebranego oczom w nocy, która - w koncentracji na odbieraniu - chłonie to wszystko, co można w tym powolnym, niespiesznym i kontemplacyjnym dotyku zamknąć.
Poznawanie poprzez skupienie na odbieraniu dotyku i poprzez skupienie w nadawaniu dotyku, by zamknąć oczy i w kolejnej lekcji rysów Twojej twarzy zapamiętać to, co już wcześniej zapamiętane a jednak odmienne w ciemności.
Powolna podróż nocnego ślepca, aby nauczyć się po raz kolejny sprawić drżenie i poczuć mrowienie - taki dreszcz przebiegający wzdłuż nerwów wprost do głowy, aby sycić się tym, co może na styku Twojej i mojej skóry wybuchać, wrzeć, kipieć.
Unosisz dłoń i niczym konchą muszli nakrywasz moją.
Delikatnie, gładko, perłowo.
Przytrzymujesz moją dłoń w jej wędrówce, obejmujesz palcami i przesuwasz w kierunku ust.
Czuję gorący oddech i muśnięcie warg w zagłębieniu jej wnętrza.
Powolny ruch na granicy dotyku przesuwa się w kierunku palców, ich zgięcia.
Powracając do wnętrza dłoni, zwalnia tuż nad linią życia, linią serca i znów podejmuje powolną wędrówkę do wrażliwej muszli wnętrza dłoni.
Czuję jak czubek języka muska wzgórek u nasady kciuka, powodując, że soczewka pocałunku, skupiona tym razem we wnętrzu dłoni, budzi kolejną falę dreszczy...
Muśnięcia oddechu wędrują z prądem krwi odrobinę niżej.
Przystają.
Usta pieszczotliwie skubią nadgarstek, błądzą po cienkiej skórze na przegubie.
Szukają może tętna?
Szukają może błękitnej żyłki?
Czuję je teraz od zewnętrznej strony, gdzieś z boku czubek języka zatacza dwa kręgi, może trzy.
Mocniejsze przyciśnięcie warg połączone z delikatnym dotykiem zębów, wywołujące kontrast w porównaniu z dotychczasową delikatnością, a zaraz potem, za chwilę, dotyk ponownie zamieniany w muskanie, wywołujące iskrzenie, zapalające pod przymkniętymi powiekami drobne słońca, powodujące mrowienie szyi, narastające, delikatne drżenie rąk, i całego ciała...
Zanurzam palce drugiej dłoni w Twoich włosach, tuż nad uchem.
Przesuwając je powolnym przeczesywaniem w kierunku czubka głowy, czuję jak umykające pomiędzy moimi palcami kosmyki łaskoczą dłoń.
Palce - w swej powolnej wędrówce - powracają do twarzy, by kontynuować opuszkowy dotyk.
Muskają to dwoiste miejsce tuż przed uchem – miękkie z powodu bliskości ucha i po męsku szorstkie z powodu zarostu.
W swym błądzeniu po Twojej twarzy napotykają linię rzęs, które gwałtownie zatrzepotały - niczym motyl uwięziony w dłoniach.
Czuję dreszcz przebiegający przez Twoje ciało – gwałtowny, porażający, wywołujący dziwne ssanie w moim wnętrzu.
Pomiędzy mrokiem a cieniem karmię cicho swą tajemnicę ...
Chowam się...
W ogrodach świeżo znalezionych prawd...
Wśród głosów co prowadzą myśli, pozwalają dotknąć tajemnic, których mam ciągły niedosyt.
Pragnę, by ta chwila trwała i trwała...
Tak bez końca... ponieważ chcę to wszystko widzieć i poznać.
Poczuć.
Potrzebuję tej wiedzy.
Pragnę wejść w ten nieznany mi świat opuszkowym dotykiem rozgarniającym ciemność, przeniknąć w jego wnętrze palcami przebierającymi przestrzeń, uchylić drzwi otwierające te fascynujące obszary przyćmionej świadomości, kłębiącej się burzy myśli, krążącej coraz szybciej krwi...
W ciemności, w półmroku siebie, w świetle odcieni dotyku, w zapachu i smaku bliskości, w pieszczocie słów wdychanych do ust , w szepcie chylących się włosów, w milczącym dotyku warg...
W ciszy, gdzie rozum mówi „dobranoc”...
W szaleństwie miękkich pocałunków...
Tak bez końca...
Jeszcze jeden...
I jeszcze...
Dotyk...
*/ */ */