Dotyk...

2007-01-29 21:45:38

Bardzo wolno spadający wieczór - poprzez perłowość aż do ciemnej szarości - wygasza światło zamierającego dnia.

W prostokącie okna powolną wojnę mrokowi zimnego wieczoru wypowiada stopniowo rozjaśniające się słońce sodowej latarni.

Tysiącami tęczowych barw, które roziskrzają spadające śnieżynki, przesłania sylwetki domów, ludzi i drzew, oswaja samotność nocy.

Nadchodząca godzina zimowej nocy ciemnością zasłania cały nasz świat, wtapiając stopniowo wszystko wokół nas w czerniejące tło. Każda rzecz, na krótką chwilę, ubiera swoją wieczorną twarz i powoli rozpływa się w mroku.


Lecz ciemniejący mrok nie przeszkadza w widzeniu. Czasami może lepiej mniej widzieć, schować w szarość płonące policzki, ukryć gesty prowadzone przez pragnienie, co im bardziej jest zaspokajane, tym jest większe.


Ciemnością nocy zakrywam moje zawstydzenie.

Proste gesty, proste ruchy, w których można ukryć wszystko, nawet najbardziej złożone myśli i uczucia.


Noc półmrokiem przesłania kolejne obrazy.

Cień Twojej sylwetki, tuż obok.


Wyostrzeniem wszystkich zmysłów staram się odnaleźć w mroku, rozpoznawać kształty, zapachy, usytuowanie, odległość, odgłosem cichutkiego oddechu lokalizuję Twoje usta, prawie namacalnie dotykam Twoich myśli, odczuwam całą sobą...

Dostrzegam jaśniejszy błysk Twoich źrenic w których, przez moment, zalśnił odbity promień zaokiennego światła.


Oczy wpatrzone w oczy.

Hipnotyczne.

Pełne pożądania, pragnienia gaszonego w myślach, ale nieugaszonego, by odkrywać po raz kolejny to, co w mroku ukryte i zagadkowe zarazem.

Dłonie palcami oswajają kształt nocy.


To jest jak niemy film, jak opowieść bez słów, bez zagranej nawet zza kadru melodii.


Unoszę dłoń i delikatnie dotykam opuszkami Twój policzek.

Opuszkowy dotyk, taki, żebyś czuł zaledwie muśnięcie, jak pocałunek anioła, pieszczota skrzydła motyla, pajęczy jedwab, niczym zatracenie w delikatność.

Palce lekko ślizgają się po delikatnej szorstkości zarostu, prawie nie dotykają.

Opuszkami karmię cicho swoje pragnienie innego zapamiętania, rysuję zarys Twojej szczęki, krawędzi płatka ucha i tego miejsca pomiędzy uchem a policzkiem.


W czubkach moich palców rodzi się soczewka dotyku, pięciokrotna źrenica wzroku odebranego oczom w nocy, która - w koncentracji na odbieraniu - chłonie to wszystko, co można w tym powolnym, niespiesznym i kontemplacyjnym dotyku zamknąć.

Poznawanie poprzez skupienie na odbieraniu dotyku i poprzez skupienie w nadawaniu dotyku, by zamknąć oczy i w kolejnej lekcji rysów Twojej twarzy zapamiętać to, co już wcześniej zapamiętane a jednak odmienne w ciemności.

Powolna podróż nocnego ślepca, aby nauczyć się po raz kolejny sprawić drżenie i poczuć mrowienie - taki dreszcz przebiegający wzdłuż nerwów wprost do głowy, aby sycić się tym, co może na styku Twojej i mojej skóry wybuchać, wrzeć, kipieć.


Unosisz dłoń i niczym konchą muszli nakrywasz moją.

Delikatnie, gładko, perłowo.

Przytrzymujesz moją dłoń w jej wędrówce, obejmujesz palcami i przesuwasz w kierunku ust.

Czuję gorący oddech i muśnięcie warg w zagłębieniu jej wnętrza.

Powolny ruch na granicy dotyku przesuwa się w kierunku palców, ich zgięcia.
Powracając do wnętrza dłoni, zwalnia tuż nad linią życia, linią serca i znów podejmuje powolną wędrówkę do wrażliwej muszli wnętrza dłoni.

Czuję jak czubek języka muska wzgórek u nasady kciuka, powodując, że soczewka pocałunku, skupiona tym razem we wnętrzu dłoni, budzi kolejną falę dreszczy...


Muśnięcia oddechu wędrują z prądem krwi odrobinę niżej.

Przystają.

Usta pieszczotliwie skubią nadgarstek, błądzą po cienkiej skórze na przegubie.

Szukają może tętna?

Szukają może błękitnej żyłki?


Czuję je teraz od zewnętrznej strony, gdzieś z boku czubek języka zatacza dwa kręgi, może trzy.

Mocniejsze przyciśnięcie warg połączone z delikatnym dotykiem zębów, wywołujące kontrast w porównaniu z dotychczasową delikatnością, a zaraz potem, za chwilę, dotyk ponownie zamieniany w muskanie, wywołujące iskrzenie, zapalające pod przymkniętymi powiekami drobne słońca, powodujące mrowienie szyi, narastające, delikatne drżenie rąk, i całego ciała...


Zanurzam palce drugiej dłoni w Twoich włosach, tuż nad uchem.

Przesuwając je powolnym przeczesywaniem w kierunku czubka głowy, czuję jak umykające pomiędzy moimi palcami kosmyki łaskoczą dłoń.


Palce - w swej powolnej wędrówce - powracają do twarzy, by kontynuować opuszkowy dotyk.

Muskają to dwoiste miejsce tuż przed uchem – miękkie z powodu bliskości ucha i po męsku szorstkie z powodu zarostu.


W swym błądzeniu po Twojej twarzy napotykają linię rzęs, które gwałtownie zatrzepotały - niczym motyl uwięziony w dłoniach.

Czuję dreszcz przebiegający przez Twoje ciało – gwałtowny, porażający, wywołujący dziwne ssanie w moim wnętrzu.


Pomiędzy mrokiem a cieniem karmię cicho swą tajemnicę ...

Chowam się...

W ogrodach świeżo znalezionych prawd...

Wśród głosów co prowadzą myśli, pozwalają dotknąć tajemnic, których mam ciągły niedosyt.


Pragnę, by ta chwila trwała i trwała...

Tak bez końca... ponieważ chcę to wszystko widzieć i poznać.

Poczuć.

Potrzebuję tej wiedzy.

Pragnę wejść w ten nieznany mi świat opuszkowym dotykiem rozgarniającym ciemność, przeniknąć w jego wnętrze palcami przebierającymi przestrzeń, uchylić drzwi otwierające te fascynujące obszary przyćmionej świadomości, kłębiącej się burzy myśli, krążącej coraz szybciej krwi...

W ciemności, w półmroku siebie, w świetle odcieni dotyku, w zapachu i smaku bliskości, w pieszczocie słów wdychanych do ust , w szepcie chylących się włosów, w milczącym dotyku warg...

W ciszy, gdzie rozum mówi „dobranoc”...

W szaleństwie miękkich pocałunków...

Tak bez końca...

Jeszcze jeden...

I jeszcze...

Dotyk...



*/ */ */

skomentuj (6)


Strona główna