Czas jakby wciągnął życie w płuca i powstrzymał oddech...

2006-12-23 14:40:19

Usiadłam w fotelu z kubkiem gorącej kawy.

Babcia na pewno byłaby zgorszona.

Zawsze uważała, że do jedzenia czy picia są wyznaczone miejsca w domu.


Wybacz Babuniu, ale stąd jakoś lepiej mi popatrzeć na wysprzątany dom.

A ten fotel daje mi namiastkę dzieciństwa, gdy byłam obserwatorem przedświątecznej krzątaniny.


Siedziałam z boku by „nie plątać się pod nogami” i razem z Dziadkiem czyściłam sztućce na wigilijną wieczerzę, a Ty z Mamą panowałyście w kuchni wydając kategorycznym, nie znoszącym jakiegokolwiek sprzeciwu głosem polecenia dla Taty, co ma przynieść, przestawić, jeszcze dokupić.


Z biegiem lat i R. poddał się Waszym rozkazom.

Chętnie przyłączał się do Taty i obaj biegali - niczym słudzy - po całym domu.

Dziwne, ale często trasa ta wiodła przez piwnicę.

Dziadek wiedział dlaczego i spod opuszczonych okularów jego śmiejące się oczy obserwowały całe to zamieszanie.

W piwnicy stała nalewka na wiśniach.
Wiśnie wykorzystywane były do świątecznych wypieków, natomiast nalewka miała być do wieczornej kawy i ciasta, gdy już wszyscy wstawali od wigilijnego stołu.

Myślę, że i Babcia wiedziała o celu tych wypraw, ale udawała w pełni nieświadomą. Przecież i dziadek dzień przed Wigilią rozlewał do karafki nalewkę...


Kuchnia – niepodzielne królestwo kobiet mieszkających w tym domu.

Na blacie leżą dwa makowce niedawno wyjęte z piekarnika, schną rozsypane na stolnicy łazanki, w piekarniku pieką się paszteciki.

Z boku brytfanna z końcówka sernika, który upiekłam wczoraj.

Nie doczeka zapewne Wigilii ani świąt Bożego Narodzenia.

Do domowego łasucha - w osobie Taty -dołączył Piotr. Oj, ten to umie się przymilać...


Ciekawe czy moja polewa na makowcach będzie tak samo smaczna jak Babci?

Ile dodawała cytryny?

Ja zawsze przedobrzam, przesładzam, czegoś dodaje za dużo. Tata mówi, że to co gotuje, niczym się nie rożni od potraw Babci i Mamy, ale ja mam wrażenie, że jednak jest inaczej.


Czyżbym stawała się jak Babcia, która chwalone przez domowników potrawy zawsze kwitowała słowami: oj, ten pasztet nie wyszedł zbyt dobry, oj to ciasto jest za mało wyrośnięte, mięso zbyt suche?

Dziadek wtedy mruczał pod nosem: a woda za mało mokra, cukier niezbyt słodki i wiśniówka za mało promilowa...


Jadalnia.

Tak, jak kiedyś, pośrodku stoi stół. Dzisiaj jest złożony a i tak przytłacza ogromem.


Osiem krzeseł, a przecież tylko dwu domowników.


W świątecznym stroiku, ułożonym na jego środku, odbija się blask zapalonych lampek choinkowych.

Starannie wyprasowany obrus bożonarodzoniowy - z motywem choinek połączonych gwiazdkami, symbolizującymi śnieżynki - wyszydełkowany przez kilkadziesiąt wieczorów, bieleje na blacie. Prasowałam te wykrochmalone drzewka i jak co roku liczyłam je.

Trzysta sześćdziesiąt dziewięć maleńkich obrazków dzierganych palcami Babci i moimi.

Uczyła mnie, jak starannie dociągać oczka, jak równiutko nawijać nitkę na słupki tworzące motyw... i sprawdzała, za każdym razem, gdy zrobiłam to maleńkie drzewko.


Mniejsza serweta z takim samym motywem leży na fortepianie w dużym pokoju – tę wydziergałam już sama.

I kolejny stroik , prawie bliźniaczy z tym na stole.

Tuż obok choinka – prawie taka sama, jak we wszystkie poprzednie lata. Zadomowiła się w tym miejscu i zapewne zawsze już tutaj będzie stała.


Palce przebiegają po klawiaturze nastrojonego niedawno fortepianu.


Gdy śliczna Panna Syna kołysała,
z wielkim weselem tak Jemu śpiewała:
Lili lili laj, moje Dzieciąteczko,
lili lili laj, śliczne Paniąteczko.


Wszystko stworzenie, śpiewaj Panu swemu,
pomóż radości wielkiej sercu memu.
Lili lili laj, wielki Królewicu,
lili lili laj, niebieski Dziedzicu.


Sypcie się z nieba, śliczni Aniołowie,
śpiewajcie Panu, niebiescy duchowie.
Lili lili laj, mój wonny Kwiateczku,
lili lili laj, w ubogim żłóbeczku.


Cicho wietrzyku, cicho południowy,
cicho powiewaj, niech śpi Panicz nowy.
Lili lili laj, mój wdzięczny Synaczku,
lili lili laj, miluchny robaczku.


Śpijże już wdzięcznie, moja perło droga,
niech Ci snu nie rwie żadna przykra trwoga.
Lili lili laj, mój śliczny rubinie,
lili lili laj, póki sen nie minie.



Czas jakby wciągnął życie w płuca i powstrzymał oddech.

Tak niewiele się zmieniło.

Ten sam zapach pastowanego parkietu, świerkowych gałązek, pieczonego ciasta, bigosu, pasztetu, ta sama kolęda, nawet kartki z nutami, oprawione kiedyś przez Dziadka, te same,...


Tylko ulubione miejsca domowników, którzy odeszli na zawsze, dziwnie puste.

Jakby zasnęły snem głębokim w oczekiwaniu...


Czy doczekają się kiedyś Ciebie?

Czy znajdziesz w tym domu swoje ulubione miejsce, które już na zawsze będzie do Ciebie przyporządkowane?




Kliknij, zapraszam...

skomentuj (2)


Strona główna