Bumerang...

2006-12-27 00:34:37

Popołudniowa cisza wolno sączy się w pustym domu.

Świąteczny zmierzch wkracza w nasze popołudnie, dochodzi do magicznego kręgu blasku, który pada z kominka i cofa się gęstniejąc w kątach pokoju.

Usiadłam na kanapie i podciągnęłam nogi.

Pies swoim zwyczajem położył się tuż obok, jednak ciepło bijące od ognia, zmusza go do zeskoczenia z dotychczas zajmowanego miejsca, na rzecz oddalonego fotela.


Skwapliwie zająłeś jego miejsce.


Jestem zmęczony dzisiejszą jazdą, objedzony do granic możliwości i rozleniwiony jak kot wygrzewający się w słońcu - słyszę jak mówisz to bardziej do ognia niż do mnie.


Przesuwam się na koniec kanapy, a Ty machinalnie wyciągasz się na niej, z głową na moich kolanach.

Bierzesz moją dłoń i kładziesz na swojej twarzy.


Naucz się mnie...

Naucz się patrzeć dotykiem palców, żebyś już na zawsze zapamiętała moją twarz...



Wolno przesuwam dłoń muskając czoło, bok policzka, brodę.

Okrążam dolną linię ust, prawą stronę górnej krawędzi wargi, wgłębienie łączące usta z nosem.

Palce muskają jego czubek, przesuwają się po linii grzbietu, badają niewielkie garb i wyruszają w dalszą drogę pomiędzy oczami, aż do linii brwi.

Czuję delikatne drżenie skóry, gdy gładzę prawą brew.

Skroń.

Powieka.

Opuszkami wyczuwam delikatny ruch gałki ocznej.

Palce wędrują do wewnętrznego kącika oka i rozpoczynają powrotną podroż na zewnątrz, tym razem wzdłuż linii dolnej powieki.

Czuje, jak pod opuszkami przesuwają się poszczególne włoski rzęs.

I znów podróż nad linią brwi ku środkowi, gdzie napotykam niewielkie zagłębienie pionowej zmarszczki.

Wygładzam ją i czuję, jak Twoja głowa zaczyna mi dziwnie ciążyć na kolanach.


Śpisz.

Poprzez trzask wypryskujących z polan iskier, słyszę Twój głęboki oddech.


Spokój.

Mam uczucie, jakbyśmy oboje tworzyli z otaczającym nas światem jedność.

Złe myśli zamknięte na klucz.

Szczęście wymykające się spod moich palców, ulatujące gdzieś w przestrzeń.


Motyle w brzuchu...


Wraz z kapiącymi chwilami zmierzchu, napływają wspomnienia.

Te bardziej odległe w czasie i te całkiem świeże.


Wczesnym rankiem siedziałam tuż za kierującym samochodem Tatą i obserwowałam z tyłu tych dwu mężczyzn. Pochłonięci rozmową, chyba zapomnieli o moim istnieniu.

Zwykła rozmowa o planach na najbliższe dni, tygodnie, miesiące.


Czy naprawdę życie jest takie proste?

Czy tak łatwo dokonać wyboru tego, co najwłaściwsze?

Dlaczego ja tak nie potrafię?

Dlaczego nie potrafię cieszyć się tym, co mam w zasięgu ręki?

Dlaczego komplikuję wszystko sobie i innym?

Wciąż szukam, wciąż dokądś biegnę, nie patrząc pod nogi.

Moje życie jest niczym ten - uciekający za szybą samochodu - krajobraz.

Zawsze się gdzieś spieszę, i zawsze jestem gdzieś spóźniona.

Może dlatego nie dostrzegam rzeczy maleńkich, tych tuż obok, ponieważ szybko umykają w tej szalonej jeździe?

Nie mam nawet sposobności, by nimi się cieszyć.

Może dlatego ich miejsce zajmują chwile, w których są łzy?

Dlaczego nie potrafię wyciągać z tych łzawych chwil wniosków?

Dlaczego nie potrafię obiektywnie stwierdzić - dlaczego płaczę?


Przecież tak nie powinno być.

Przecież to jest moje życie.

Może będzie tak samo krótkie jak Mamy?

Nie powinnam doprowadzać do sytuacji, że się załamuję, gdy coś nie wychodzi.

Powinnam już nauczyć się postępować tak, by uniknąć cierpienia.

Ale ja wolę się „katować”.

Wciąż powracam w to samo miejsce, do tych samych ludzi, łudząc się, że już nie będzie łez, że tym razem będzie inaczej, lepiej, radośniej.


Jak bumerang...


Może właśnie przez takie postępowanie czuję się samotna?

Ale przecież samotność jest nie do zniesienia.

Wiem, że nie można wiecznie zbierać gwiazdy z nieba, nie zawsze łapie się Pana Boga za nogi, nie mam patentu na wspaniałe życie, na nieomylność.

Nikt nie ma.

Więc czemu nie uczę się wyciągając wnioski?

Dlaczego złe decyzje przynoszą dobre skutki, a decyzje z pozoru trafne i słuszne stają się przyczynkiem katastrofy?

A ludzie których spotykam na swojej drodze nie zawsze są dobrzy, nie zawsze są też źli. Przecież nie sposób oddzielić z góry jednych od drugich.

Można udzielić kredytu zaufania, ale można też kazać na owo zaufanie zapracować.


Setki kilometrów podróży i setki pytań, które pozostają bez odpowiedzi, bo nie ma na nie łatwych odpowiedzi.

Tak samo jak nie ma łatwych decyzji, ani sytuacji bez wyjścia.


Moje palce delikatnie gładzą Twoje włosy.

Podążają drogą Twego gestu, gdy w zakłopotaniu przeczesujesz je mimowolnym uniesieniem ręki,


I nagle wszystko zaczyna wydawać się takie proste.

Plany wcale nie są takie trudne do zrealizowania, kłopoty – do przeskoczenia.

Wpatruję się w pełzające płomyki ognia, jaskrawe punkciki iskier i czuję, że życie jakby właśnie się zaczynało, że w końcu jestem sobą, żyję w zgodzie z sobą, że na kolanach moich leży głowa śpiącego, świetnego faceta, a życie jest - tak po prostu - banalnie piękne.


Magia chwili?


Dlatego tak sporadycznie zdarzają się takie chwile w moim życiu?

Takie jak ta teraz i ta wczorajszej nocy?


Przecież mogłam iść do oglądającego film Taty. To jemu mogłam się wypłakać w ramię, a On na pewno by mnie wysłuchał, coś doradził.

Ale wiedziałam, że pozostałaby we mnie nadal zwątpienie, niewiara w siebie, we własne siły.

A ja tak bardzo potrzebowałam poczuć się dla kogoś ważna, że kogoś obchodzę, że ktoś odczułby moją obecność bez strofowania, bez wygłaszania sloganowych kazań, bez pouczeń.


Przybiegłeś zaraz po powrocie do domu.

I byłeś.

Siedziałeś przede mną w kącie, obok kominka z dogasającym ogniem, gotów wszystkiego wysłuchać.

Trzęsła mi się broda od powstrzymywanych łez i już wiedziałam, że Tobie nic nie muszę mówić, bo Ty wszystko wiesz.

Wystarczyło Twoje jedno słowo – imię, które jednocześnie było pytaniem i stwierdzeniem.

Przytaknęłam.

Patrzyłam w Twoje oczy, a moje dłonie szukały Twoich, długich, mocnych palców, w które mogłabym schować swoje.

I zamknąłeś moje dłonie w swoich.


Cichutko maleńka – wyszeptałeś
Już dobrze...


Wiesz, chciałabym stać się rzeczywiście taka maleńka, żebyś mógł mnie włożyć do kieszonki koszuli, i żeby mój świat cały zamknięty był przestrzenią tej kieszonki.

Może wówczas moje życie byłoby prostsze?


Od dawna jest tam miejsce dla Ciebie…
Nie w tej kieszonce, ale pod nią, wewnątrz...



Tylko jak już Ją tam włożysz, to nie zapomnij czasem wypuszczać na zakupy i do kuchni – rozległ się głośny śmiech Taty.

Inaczej pomrzemy z głodu...




******************


Jutro rano wyjeżdzam w góry. Nie będzie mnie prawdopodobnie 14 dni.

Dlatego dziś chciałabym wszystkim, tutaj zaglądającym, życzyć szampańskiego Sylwestra.


Weźcie:

Kwartę dobrego humoru,

Kilogram smacznych potraw,

Pół kubka szampana,

Szczyptę optymizmu,

Dziesięć centymetrów uśmiechu,

Cały zapas przyjaciół,

Muzyki ile się zmieści,

Połączcie to wszystko i świętujcie Nowy Rok

Niech petardy zabłysną wysoko na niebie

Niech Nowy Rok szczęściem na Was spłynie

A los niech nigdy nie zostawi Was w potrzebie


Tego życzę Wam z całego serca.



skomentuj (5)


Strona główna