Bezsennością rozkładam pasjans wspomnień...

2007-01-23 22:58:44

Niczym setki maleńkich werbli stukają o parapet krople deszczu.

Z głośników sączy się zmysłowy głos Anny Marii Jopek, mała lampka w kącie oświetla niewielki fragment pokoju - i tylko Ciebie brakuje w tym opuszczonym fotelu, pomiędzy oknami.

Chciałabym , aby dzisiaj do snu ukołysały mnie nie wspomnienia Twoich spojrzeń, ale ich bezwstydność, aby uśpił mnie nie dotyk wiatru lekko odchylający powierzchnie firany, ale zachłanność Twoich dłoni.


Nadal słyszę Twój głos, ciągle parzy wyszeptanymi pragnieniami komórka.

Nadal słyszę Ciebie, gdzieś daleko, a jakby tuż obok.

W uchu.

Twój głos ciągle drży, wibruje, otacza, pieści, rozpala...

Dźwiękami, sylabami, literami, pomrukiwaniem, westchnieniem, przyspieszonym oddechem, powstrzymanym w połowie wypowiadania słowie.

Wywołuje ciepło, łaskotanie motyli i gwałtowną chęć przeciągnięcia się – w maksymalnym wyciągnięciu ciała, wygięciu talii i bioder.


Twój szept.

Najwspanialszy ze wszystkich szeptów.

Dreszcz...

Mrowienie...

Niedosyt...


Ale nie dostrzegam najmniejszego sensu w cierpieniu samotności, ponieważ wiem, że jesteś i mam pewność, ze za kilkanaście - a może nawet kilka - dni będziesz.


Zamknęłam - w aksamitnej czerwieni wnętrza szkatułki - zatrzymane na fotografiach piękne chwile.

Leżą obok złotego półksiężyca i czekają na moment uniesienia wieczka.

Wtedy rozlega się cicha muzyka, rozpoczyna swój wirujący taniec maleńka baletnica z kości słoniowej, pobudzona do życia precyzyjnym mechanizmem sprężyn i zębatych kółek.


Rozsypane fotografie krzyczą kolorami zamkniętych chwil, tych całkiem niedawnych, parzących.
W szarości Twoich oczu zasnęły kolory wspomnień.



Fotografia z naszej wyprawy na narty w okolice Bełchatowa.


Idę na niej w Twoją stronę po kolejnym upadku.

Pamiętam, jak wtedy krzyknęłam do Ciebie: otwórz dla mnie ramiona i zamknij w nich cały mój, obolały świat.


Ten świat należy do Ciebie – odpowiedziałeś, obejmując mnie w pasie i unosząc - niczym piórko - do góry na wysokość Twojej twarzy.


Chyba wtedy po raz pierwszy, od bardzo dawna, byłam szczęśliwa.


Czy zakochałam się w Tobie od pierwszego wejrzenia?

Chyba nie.

Na pewno poczułabym wówczas drżenie ziemi, niebo spadłoby na mnie całą mocą swego noworocznego blasku, w sercu zawirowałaby tęcza...

Nie, na pewno nie pojawiły się wtedy żadne niezwykłe znaki czy zdarzenia, choć bardzo dobrze pamiętam tamten moment.

A co poczułam wtedy, gdy już naprawdę miałam dość moich narciarskich akrobacji?

Co pomyślałam?

To był chyba jakiś niedookreślony rodzaj lęku, a może zupełnie nic?

Przez długi czas zachowywaliśmy dystans, w zasadzie nic nas nie łączyło poza, prawie codziennymi, koleżeńsko-sąsiedzkimi kontaktami. Czasem tylko spotykałam Twoje dłuższe spojrzenie, sympatyczny uśmiech, chwilami wydawało mi się, że w Twoich oczach zapisane było jakieś nieme pytanie.


Chyba wówczas bałam się Ciebie, bo tak pewnie wkroczyłeś w moje codzienne życie.

A może bałam się siebie, bo zaakceptowałam Ciebie w mojej codzienności?

A może bałam się nas?



Kolejne zdjęcie.


Siedzę opatulona pledem w kącie kanapy. Zaczerwieniony od kataru nos. Dziwnie głęboka czerń oczu w rozgorączkowanej twarzy. W dłoniach ściskam swój ulubiony kubek z herbatą.


Czy jest lekarstwo na miłość? - wyszeptałeś wtedy, troskliwie okrywając moje stopy w wełnianych skarpetach.

Nie wiem – odpowiedziałam.

Dostaję zastrzyki na paskudnego wirusa, wyhodowanego z wymazu mojego gardła.

Jestem chora i poproszę o szczyptę tego uczucia, jedną tabletkę zrozumienia, syrop na zagubienie w świecie i krople na powstrzymanie łez...

Ty wówczas wyciągnąłeś dłoń i pozwoliłeś, wtuleniem w jej wnętrze, ochłodzić rozpalony gorączką policzek.


Chcę zapamiętać już na zawsze tę chwilę - zaśmiałeś się pstrykając to zdjęcie.

Po raz pierwszy mnie o coś poprosiłaś.



Inne zdjęcie – mała, ciemna grudka zawieszona na skrawku jedwabnej nici, przymocowanej do gałązki brzoskwini, na tle rozwrzosowującego się nieba.


Pamiętam ten świt, który coraz bardziej jasnym niebem i śpiewem ptaków ponaglał nas do pożegnania.

Nie potrafiłam się pożegnać.


Tamtej nocy boso tańczyłam dla Ciebie, gwiazd i księżyca.


Jesteś oczarowaniem – Twoje słowa parzyły moje rozognione policzki, gdy wplatałeś w moje włosy kwiaty jaśminu.
Odurzał nas ich mdły zapach.

Rozpostarłam ramiona niczym skrzydła i zamieniłam się w ptaka, który pokochał latać nocą. Odbijałam się w blasku gwiazd i w Twoich źrenicach, miękko spadałam na piękny księżyc Twoich ramion.

Tańczyłam, a ze mną tańczyła moja dusza, serce i marzenia.

Moja sukienka utkana była z najpiękniejszych pragnień i zaklęć, wyperliła się szarością Twoich oczu.


Tańczyłam, a w piruecie wirował cały świat, bo partnerem moim był Anioł o szaroszczęśliwym spojrzeniu.

Zmysłowy, akceptujący, zakochany w każdym kroku naszych stóp.

Zaufałam jego ruchom, wielbiłam dotyk trzymających mnie dłoni, wtańczyłam się w sen o szczęściu i zapomniałam, że tuż obok jest jeszcze tyle nie skończonych spraw.


A gdy zmęczona tym tańcem na chwile przystanęłam, zobaczyłam jeden z najpiękniejszych cudów świata.

W brzasku wstającego dnia, pokazałeś mi wykluwającego się z kokonu motyla.

Jego skrzydła były pomięte jak bibuła i delikatne jak powiew świeżego poranka.

Tak bardzo chciałam go dotknąć, dopomóc rozprostować je, ochronić przed poranną rosą w cieple dłoni.


Nie uczyniłam tego, bo powiedziałeś, że tak samo jak i Ty wybrał czekanie, które jest równoznaczne z jego narodzeniem.

Bo to czekanie wypełnia krwiobieg skrzydeł pewnością, że skrzydła będą mocne, że ochronią przed złem i otulą, zamykając w szczęściu...



Zdjęcie pełni.


Ogromny księżyc, niczym srebrny dukat, odbity w idealnie gładkiej powierzchni jeziora o kolorze rtęci.

To tej nocy poczułam uśmiech gwiazd, wskazujących drogę mleczną.

Wykradałam promienie księżyca, bo zazdrościłam im, że potrafią rozjaśniać Twoje oczy, wysrebrzać ciało.


Siedziałam na huśtawce a Ty byłeś tuż obok.

Szeptałeś, że jestem Twoją szczęśliwą różą, bo różą zakwitło Twoje szczęście.

Dotknąłeś tego kwiatu dziwnie aksamitnym spojrzeniem i delikatnym oddechem próbowałeś rozchylać jego płatki.

Szepnęłam – zerwij ten płatek szczęścia, posmakuj i rozsmakuj się nim...

Zaczerpnij dłońmi i unieś do ust...

Skosztuj i syć się...

Nasycaj...

Nie tylko siebie...


Usta rozbudzone rządzą pocałunków, szeptały słowa wywołujące rumieniec zawstydzenia.

Przy wtórze świerszczy i żab, komponowaliśmy nocny koncert na cztery ręce.

Etiudy nieśmiałych muśnięć, opuszkami, wygrywały pieśń oczekiwania - aż do perfekcji i szaleństwa zachwytu.


Jesteś jak najpiękniejsza jacaranda, rosnąca na zboczach gór Ameryki Południowej...

Odurzasz...

Będziesz moja?


Ulegałam pieszczocie ust i rąk pod płóciennym baldachimem huśtawki...

Będę Twoja...




Nasze przytulone sylwetki na tle mola.


Pamiętam, jak w wietrzny poranek, szliśmy deptakiem wzdłuż plaży.

Wiał porywisty wiatr i Ty zasłoniłeś mnie przed jego podmuchami.

Stałam na Twoich butach, odwrócona plecami do Ciebie, a Ty zamknąłeś mnie w swoich ramionach.

I tak szliśmy, sklejeni w jedno ciało, zrośnięte stopami, połączone wzajemnie przenikającym się dreszczem, wywołanym już nie podmuchami wiatru.

Całowałeś moje włosy, kark, szyję, ramiona, a ja śmiałam się głośno, oznajmiając całemu światu swoją radość.

Wyczułeś wtedy to, o czym nagle pomyślałam i Twoje stopy pomaszerowały w kierunku wydm...

Podmuchy wiatru zasypywały nas drobinami piasku z urwiska...

Twoje palce nerwowo rozpinały guziki mojej bluzki...

Całowałeś tak bardzo delikatnie...

Nikt mnie tak wcześniej nie całował...

Nikt...

Do teraz to czuję...



Twoja fotografia z wyprawy na fiordy.


Czarne, drobne literki, niczym chińskie, zenistyczne malowidło na jedwabiu, zapełniają powierzchnię na jej odwrocie.

Przez kilka chwil byłem cząstka nieśmiertelności – rozbujałą, nierzeczywistą, nieistniejącą.

Doganiałem Ciebie i traciłem jednocześnie.

Nadzieją piłem krople Twoich burz, na ustach Twój smak wypalał i układał poezję, parzył rozkoszą, której nigdy nie mogłem się nasycić.

Jestem silny a płakałem.

Poznałaś największe moje tajemnice, wniknęłaś w głąb źrenic, i nabrałaś miodu, skosztowałaś ze mnie.

Jednym gestem sprawiłaś, ze urosły mi skrzydła, i pozwoliłaś bym uleciał w ciszę...

A przecież szczęście było tak blisko, przepełniało wszystko, nawet przeszłość, z której poznałem, jaką Ciebie pragnę.

Sprowokowałaś szczęście i ono przyszło.

Ukradliśmy coś Panu Bogu na oczach wszystkich.

Nazwałem Twoim imieniem chwile, które powinny trwać aż do końca świata, bo tak bardzo zapragnąłem...


Głaszcze te literki, całuje wzrokiem, obracam, oglądam ze wszystkich stron.
Badam delikatnym dotykiem przestrzeń pomiędzy nimi, oddalam je od oczu, przybliżam.

Ich szyje, brzuszki, twarze tworzą grawer po drugiej stronie moich rzęs.

Są Tobą.

Są dotykiem Twoich ust, niemym krzykiem skargi, piekącym piętnem.

Dotykam je, rozbieram, ubieram.

Zapraszam.

Niech zatańczą wokół mnie w korowodzie spokoju, pewności, niech zaproszą mnie do tego tańca...



Fotografia z datą pierwszego dnia tego roku.
Na niej godzina 00.03.15


W chwilę po jej zrobieniu, chwyciłeś moją dłoń, a ja w niemym przyzwoleniu splotłam palce z Twoimi.

Wybiegliśmy w noc rozświetloną - wybuchającymi na atramencie nieba - kaskadami fajerwerków.


Drugą stronę zatrzaśniętych drzwi Twojego pokoju, przypieczętowałam po raz pierwszy w poddaniu uniesionych ramion.

Zacisnęłam splecione z Twoimi palce i szeptałam twoim oddechem...


Całuj mnie, niech zacznę oddychać pełną piersią...

Podaruj mi oddech...

Uwolnij uwięziony wewnątrz mnie krzyk...

Jestem dla Ciebie...

Chcę być dla Ciebie...

Pragnę...


Bardzo mocno wtuliłeś mnie w swoje ramiona.

Pocałunki mieszały się ze słowami...

Twoje i moje.

Ode mnie do Ciebie.

Od Ciebie do mnie.

Poczułam się przy Tobie taka maleńka, sięgałam Ci zaledwie do brody.

Tak bezpiecznie jak nigdy.

W tej ciemności, po drugiej stronie drzwi, w tym palącym chłodzie, w ciężkim powietrzu...

W nienasyceniu...


Pamiętam moment, kiedy podarowałeś mi wiarę w szczęście i miłość mówiąc:
Zakochać się, to jak zamknąć we wnętrzu dłoni cały otaczający nas świat.

Nagle umieć tego dokonać.

To nawet nie mrużyć oczu przed patrzeniem w słońce, bo ono już nie oślepia swoim blaskiem.

To nie ocierać łez, bo nie pieką...

Tylko kochaj mnie, kochaj...

I nigdy nie przestawaj...

I już bądź...





(*****)

(* * * * * *)

skomentuj (4)


Strona główna