Chyba nie ma nic piękniejszego, aniżeli słowa „jesteś dobrym człowiekiem” usłyszane od całkiem obcej osoby, z którą spotkaliśmy się przypadkiem.
Właśnie to usłyszałam…
Wzruszyłam się…
I świat nagle jakby rozświetlił się uśmiechem kobiety, która bardzo starannie wymyła wszystkie okna w moim domu.
A ja jakbym też zajaśniała w odbiciu tego uśmiechu.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie połechtało to mile moje ego, że mi nie zależy na tym, aby być postrzeganym dobrze.
Może jestem próżna?
Ale czasami są w życiu takie chwile, że moje drogi krzyżują się z drogami innych ludzi. Niekiedy są to znajomi, czasami zaś zupełnie obce osoby.
Moje wścibstwo sprawia, że pytam, a przez to problemy i tragedie tych osób stają się - w jakimś małym ułamku - jakby moimi.
Bywają też sytuacje, że osoby te dzielą się ze mną swoim szczęściem, z osiągnięcia tego o czym marzyli.
Wtedy słuchając ich, mam wrażenie, jakby i mi wyrastały skrzydła.
Może to nic szczególnego, może miliony osób tak ma?
Ale jedno w tych radościach jest piękne – światło, które bije od tych osób odbija się również ode mnie. I czuję, że świecę tym blaskiem.
Powtórzę tutaj to, co wszyscy znają: problemy, kłopoty, bezsilność, podzielone na dwie osoby ważą o połowę mniej, a radość i szczęście - co najmniej dwukrotnie więcej.
A to „co najmniej” robi tę istotną różnicę…