*** Zapach jabłek... 2011-03-24 02:16:48

Czuje sie fatalnie.
Od tygodnia praktycznie nie wychodzę z łóżka w którym przesypiam pół doby.
Mdłości...
Mdli mnie na widok jedzenia, mdli, gdy pomyślę, ze mdłości mają kobiety w ciąży i że mnie też powinno mdlić, mdli, gdy poczuję jakiś bardziej intensywny zapach.
Moj zmysł powonienia tysiąckrotnie chyba się wyostrzył... niczym pies myśliwski zaczynam wyczuwać najrożniejsze niuanse zapachów, które znów powodują mdłości.
Czyżby mój organizm w ten sposób buntował się przed tym, co jest dla niego czymś obcym?

Za jednym zapachem tęsknię - aromatem świeżych jabłek.
Ale nie takich, które można dostać aktualnie w sklepach lub na bazarze.
Te pachną słodkawo.

Marze, żeby dłońmi objąć jabłko z jabłoni rosnącej - w czasach mojego dzieciństwa - przy garażu.

Pod koniec lipca z jabloni tej zaczynały spadać jabłka: czerwono-bialo-seledynowe, nie z rumieńcem ale kolorowe drobnymi paseczkami biegnącymi od nasady ogonka aż do szypułki... kruche i białe w środku... lekko kwaskowate... aromatyczne aż do bólu skręcającego mnie teraz gdzieś wewnątrz na wspomnienie tamtego zapachu...
Najpiękniejsze zawsze leżaly na dachu garażu. Te, ktore leżały w trawie zbierała babcia i robiła z nich pyszną szarlotkę.
Wchodziłam na uchylone drzwi garażu i długim patykiem, bardzo ostrożnie, przyciągałam taką aromatyczną, rozgrzaną letnim słońcem kulę w swoim kierunku, żeby pochwycić w dłoń, zatopić w niej zęby i rozkoszować się aromatem.

skomentuj (5)

Bąbelek... 2011-03-15 23:48:20

Wróciłam po długiej nieobecności na tym blogu...

A właściwie to wróciłyśmy lub wróciliśmy - ja i moja maleńka fasolka.
Jeszcze Ciebie bąbelku niby nie ma, ale wiemy na pewno, że już jesteś.

Nasza maleńka kruszynka zaprezentowała nam się dzisiaj na monitorze w całej okazałości.
Fakt, bardziej przypomina smukłą kijankę niż czlowieka - ale to Człowiek.

Pietrucha ze dwie godziny ganiał po sklepach za stosowną antyramą, żeby żadne ograniczenia nie przyćmiły fotki Jego dzieła -najdoskonalszego z doskonałych, kolejną godzinę wpatrywał się w obrazy, które wysępił wraz z płytą... aż wreszcie zapoczątkował na środku ściany nową galerię w postaci zdjęcia Bąbelka.

Dobrze, że wcześniej nie przyszlo Mu do głowy zakonserwowanie testu ciążowego, bo pewnie musiałabym się pogodzić na całą gablotę - wszak będzie jeszcze pępowina, pukielwlosów, pierwszy zgubiony ząb mleczny... hehehe... na pewno byłaby z mojej strony propozycja odnośnie pampersa.

A tak na serio - cieszymy się niczym wariaci.

skomentuj (1)

Noc za krótka na sen... 2007-02-25 02:46:58

Na mojej skórze iskrzą ślady pocałunków.


W miejscach, gdzie płonie nerwowość oczekiwania, pisana gęstniejącym pożądaniem na dotyk Twoich ust, zapowiedzią rozkoszy kurczy się przestrzeń.

Poza granicą dotyku poznaję wieczność nienasycenia, półcienie szeptów, bezprawie grawitacji.


Gdzieś pomiędzy labiryntem złudzeń a krainą snów, pomiędzy nocą a dniem, palcami rąk sięgam dachów piekła, rozbieganą ciemnością ulatuję i opadam z ziemi do nieba, rozkołysaną ciszę zamykam w Twoich ramionach, wchłaniam miłość namiętnie niczym gąbka.


Rozsmakowuję się w muśnięciach linii papilarnych dłoni, wyrzeźbiających kształt piersi, przesiąkam Twoim zapachem, ubieram w pożądanie koniuszek języka, szukając głębi w oczach - wnikam nienasyceniem.


W środku już nie-ja.

Z każdym dniem coraz więcej Ciebie we mnie.

Ogromne nienasycenie.

Erotyzm.

W każdym spojrzeniu.

Ruchu ciała.

Dotyku.

Słowie.


Jestem pełna... miodu od naszego prawie-miodowego miesiąca, jak herbata albo jak pasieka.

Uśmiech w kolorze zgaszonego światła, ręce drżące rozsmakowaniem powstrzymywania pośpiechu, szelest ust na skórze, zamknięty w dłoni krzyk, z wdychanych słów warkocze szczęścia.


Już wiem co znaczy potrzebować Ciebie niczym powietrza.



skomentuj (16)

Sesja... 2007-02-09 00:53:20

Wybaczcie to długie milczenie.
Uczylam sie, zaliczałam, zdawałam.

Poszło znakomicie.

Wracam na blog prawdopodobnie w niedzielę.

Pozdrawiam milutko wszystkich zagladających na te strony.

p.s. Kilkakrotnie spotkałam się z zapytaniem o muzykę w tle blogu - to Enya.




[ ******* ]

skomentuj (5)

Dotyk... 2007-01-29 21:45:38

Bardzo wolno spadający wieczór - poprzez perłowość aż do ciemnej szarości - wygasza światło zamierającego dnia.

W prostokącie okna powolną wojnę mrokowi zimnego wieczoru wypowiada stopniowo rozjaśniające się słońce sodowej latarni.

Tysiącami tęczowych barw, które roziskrzają spadające śnieżynki, przesłania sylwetki domów, ludzi i drzew, oswaja samotność nocy.

Nadchodząca godzina zimowej nocy ciemnością zasłania cały nasz świat, wtapiając stopniowo wszystko wokół nas w czerniejące tło. Każda rzecz, na krótką chwilę, ubiera swoją wieczorną twarz i powoli rozpływa się w mroku.


Lecz ciemniejący mrok nie przeszkadza w widzeniu. Czasami może lepiej mniej widzieć, schować w szarość płonące policzki, ukryć gesty prowadzone przez pragnienie, co im bardziej jest zaspokajane, tym jest większe.


Ciemnością nocy zakrywam moje zawstydzenie.

Proste gesty, proste ruchy, w których można ukryć wszystko, nawet najbardziej złożone myśli i uczucia.


Noc półmrokiem przesłania kolejne obrazy.

Cień Twojej sylwetki, tuż obok.


Wyostrzeniem wszystkich zmysłów staram się odnaleźć w mroku, rozpoznawać kształty, zapachy, usytuowanie, odległość, odgłosem cichutkiego oddechu lokalizuję Twoje usta, prawie namacalnie dotykam Twoich myśli, odczuwam całą sobą...

Dostrzegam jaśniejszy błysk Twoich źrenic w których, przez moment, zalśnił odbity promień zaokiennego światła.


Oczy wpatrzone w oczy.

Hipnotyczne.

Pełne pożądania, pragnienia gaszonego w myślach, ale nieugaszonego, by odkrywać po raz kolejny to, co w mroku ukryte i zagadkowe zarazem.

Dłonie palcami oswajają kształt nocy.


To jest jak niemy film, jak opowieść bez słów, bez zagranej nawet zza kadru melodii.


Unoszę dłoń i delikatnie dotykam opuszkami Twój policzek.

Opuszkowy dotyk, taki, żebyś czuł zaledwie muśnięcie, jak pocałunek anioła, pieszczota skrzydła motyla, pajęczy jedwab, niczym zatracenie w delikatność.

Palce lekko ślizgają się po delikatnej szorstkości zarostu, prawie nie dotykają.

Opuszkami karmię cicho swoje pragnienie innego zapamiętania, rysuję zarys Twojej szczęki, krawędzi płatka ucha i tego miejsca pomiędzy uchem a policzkiem.


W czubkach moich palców rodzi się soczewka dotyku, pięciokrotna źrenica wzroku odebranego oczom w nocy, która - w koncentracji na odbieraniu - chłonie to wszystko, co można w tym powolnym, niespiesznym i kontemplacyjnym dotyku zamknąć.

Poznawanie poprzez skupienie na odbieraniu dotyku i poprzez skupienie w nadawaniu dotyku, by zamknąć oczy i w kolejnej lekcji rysów Twojej twarzy zapamiętać to, co już wcześniej zapamiętane a jednak odmienne w ciemności.

Powolna podróż nocnego ślepca, aby nauczyć się po raz kolejny sprawić drżenie i poczuć mrowienie - taki dreszcz przebiegający wzdłuż nerwów wprost do głowy, aby sycić się tym, co może na styku Twojej i mojej skóry wybuchać, wrzeć, kipieć.


Unosisz dłoń i niczym konchą muszli nakrywasz moją.

Delikatnie, gładko, perłowo.

Przytrzymujesz moją dłoń w jej wędrówce, obejmujesz palcami i przesuwasz w kierunku ust.

Czuję gorący oddech i muśnięcie warg w zagłębieniu jej wnętrza.

Powolny ruch na granicy dotyku przesuwa się w kierunku palców, ich zgięcia.
Powracając do wnętrza dłoni, zwalnia tuż nad linią życia, linią serca i znów podejmuje powolną wędrówkę do wrażliwej muszli wnętrza dłoni.

Czuję jak czubek języka muska wzgórek u nasady kciuka, powodując, że soczewka pocałunku, skupiona tym razem we wnętrzu dłoni, budzi kolejną falę dreszczy...


Muśnięcia oddechu wędrują z prądem krwi odrobinę niżej.

Przystają.

Usta pieszczotliwie skubią nadgarstek, błądzą po cienkiej skórze na przegubie.

Szukają może tętna?

Szukają może błękitnej żyłki?


Czuję je teraz od zewnętrznej strony, gdzieś z boku czubek języka zatacza dwa kręgi, może trzy.

Mocniejsze przyciśnięcie warg połączone z delikatnym dotykiem zębów, wywołujące kontrast w porównaniu z dotychczasową delikatnością, a zaraz potem, za chwilę, dotyk ponownie zamieniany w muskanie, wywołujące iskrzenie, zapalające pod przymkniętymi powiekami drobne słońca, powodujące mrowienie szyi, narastające, delikatne drżenie rąk, i całego ciała...


Zanurzam palce drugiej dłoni w Twoich włosach, tuż nad uchem.

Przesuwając je powolnym przeczesywaniem w kierunku czubka głowy, czuję jak umykające pomiędzy moimi palcami kosmyki łaskoczą dłoń.


Palce - w swej powolnej wędrówce - powracają do twarzy, by kontynuować opuszkowy dotyk.

Muskają to dwoiste miejsce tuż przed uchem – miękkie z powodu bliskości ucha i po męsku szorstkie z powodu zarostu.


W swym błądzeniu po Twojej twarzy napotykają linię rzęs, które gwałtownie zatrzepotały - niczym motyl uwięziony w dłoniach.

Czuję dreszcz przebiegający przez Twoje ciało – gwałtowny, porażający, wywołujący dziwne ssanie w moim wnętrzu.


Pomiędzy mrokiem a cieniem karmię cicho swą tajemnicę ...

Chowam się...

W ogrodach świeżo znalezionych prawd...

Wśród głosów co prowadzą myśli, pozwalają dotknąć tajemnic, których mam ciągły niedosyt.


Pragnę, by ta chwila trwała i trwała...

Tak bez końca... ponieważ chcę to wszystko widzieć i poznać.

Poczuć.

Potrzebuję tej wiedzy.

Pragnę wejść w ten nieznany mi świat opuszkowym dotykiem rozgarniającym ciemność, przeniknąć w jego wnętrze palcami przebierającymi przestrzeń, uchylić drzwi otwierające te fascynujące obszary przyćmionej świadomości, kłębiącej się burzy myśli, krążącej coraz szybciej krwi...

W ciemności, w półmroku siebie, w świetle odcieni dotyku, w zapachu i smaku bliskości, w pieszczocie słów wdychanych do ust , w szepcie chylących się włosów, w milczącym dotyku warg...

W ciszy, gdzie rozum mówi „dobranoc”...

W szaleństwie miękkich pocałunków...

Tak bez końca...

Jeszcze jeden...

I jeszcze...

Dotyk...



*/ */ */

skomentuj (6)

Śniło mi się... 2007-01-28 17:45:22


Na starym zdjęciu na ścianie

Twej twarzy jasna plama

Wspomnienia tulę do siebie znów

Nie sama już


I tylko Ty nic nie wiesz...


Tysięcznym kolorem kwiatu

Mój ogród budzi się senny

Pijana Twoim śpiewem znów

Chcę zostać tu


I tylko Ty nic nie wiesz...


Mgły wyciągają ręce

Więcej nic się nie dzieje

Gdy zastygając w szklany lód

Powracam tu


I tylko Ty nic nie wiesz...


Śniło mi się

Że kochałam Ciebie jak jeszcze nikt

Ty daleko, ja daleko

Niepotrzebne takie sny


Niepotrzebny mój ból

Niepotrzebny Twój strach

Gdy tęsknota pozostawia

Moje oczy we łzach


Śniło mi się...



/Closterkeller/


( *** *

skomentuj (2)

Bezsennością rozkładam pasjans wspomnień... 2007-01-23 22:58:44

Niczym setki maleńkich werbli stukają o parapet krople deszczu.

Z głośników sączy się zmysłowy głos Anny Marii Jopek, mała lampka w kącie oświetla niewielki fragment pokoju - i tylko Ciebie brakuje w tym opuszczonym fotelu, pomiędzy oknami.

Chciałabym , aby dzisiaj do snu ukołysały mnie nie wspomnienia Twoich spojrzeń, ale ich bezwstydność, aby uśpił mnie nie dotyk wiatru lekko odchylający powierzchnie firany, ale zachłanność Twoich dłoni.


Nadal słyszę Twój głos, ciągle parzy wyszeptanymi pragnieniami komórka.

Nadal słyszę Ciebie, gdzieś daleko, a jakby tuż obok.

W uchu.

Twój głos ciągle drży, wibruje, otacza, pieści, rozpala...

Dźwiękami, sylabami, literami, pomrukiwaniem, westchnieniem, przyspieszonym oddechem, powstrzymanym w połowie wypowiadania słowie.

Wywołuje ciepło, łaskotanie motyli i gwałtowną chęć przeciągnięcia się – w maksymalnym wyciągnięciu ciała, wygięciu talii i bioder.


Twój szept.

Najwspanialszy ze wszystkich szeptów.

Dreszcz...

Mrowienie...

Niedosyt...


Ale nie dostrzegam najmniejszego sensu w cierpieniu samotności, ponieważ wiem, że jesteś i mam pewność, ze za kilkanaście - a może nawet kilka - dni będziesz.


Zamknęłam - w aksamitnej czerwieni wnętrza szkatułki - zatrzymane na fotografiach piękne chwile.

Leżą obok złotego półksiężyca i czekają na moment uniesienia wieczka.

Wtedy rozlega się cicha muzyka, rozpoczyna swój wirujący taniec maleńka baletnica z kości słoniowej, pobudzona do życia precyzyjnym mechanizmem sprężyn i zębatych kółek.


Rozsypane fotografie krzyczą kolorami zamkniętych chwil, tych całkiem niedawnych, parzących.
W szarości Twoich oczu zasnęły kolory wspomnień.



Fotografia z naszej wyprawy na narty w okolice Bełchatowa.


Idę na niej w Twoją stronę po kolejnym upadku.

Pamiętam, jak wtedy krzyknęłam do Ciebie: otwórz dla mnie ramiona i zamknij w nich cały mój, obolały świat.


Ten świat należy do Ciebie – odpowiedziałeś, obejmując mnie w pasie i unosząc - niczym piórko - do góry na wysokość Twojej twarzy.


Chyba wtedy po raz pierwszy, od bardzo dawna, byłam szczęśliwa.


Czy zakochałam się w Tobie od pierwszego wejrzenia?

Chyba nie.

Na pewno poczułabym wówczas drżenie ziemi, niebo spadłoby na mnie całą mocą swego noworocznego blasku, w sercu zawirowałaby tęcza...

Nie, na pewno nie pojawiły się wtedy żadne niezwykłe znaki czy zdarzenia, choć bardzo dobrze pamiętam tamten moment.

A co poczułam wtedy, gdy już naprawdę miałam dość moich narciarskich akrobacji?

Co pomyślałam?

To był chyba jakiś niedookreślony rodzaj lęku, a może zupełnie nic?

Przez długi czas zachowywaliśmy dystans, w zasadzie nic nas nie łączyło poza, prawie codziennymi, koleżeńsko-sąsiedzkimi kontaktami. Czasem tylko spotykałam Twoje dłuższe spojrzenie, sympatyczny uśmiech, chwilami wydawało mi się, że w Twoich oczach zapisane było jakieś nieme pytanie.


Chyba wówczas bałam się Ciebie, bo tak pewnie wkroczyłeś w moje codzienne życie.

A może bałam się siebie, bo zaakceptowałam Ciebie w mojej codzienności?

A może bałam się nas?



Kolejne zdjęcie.


Siedzę opatulona pledem w kącie kanapy. Zaczerwieniony od kataru nos. Dziwnie głęboka czerń oczu w rozgorączkowanej twarzy. W dłoniach ściskam swój ulubiony kubek z herbatą.


Czy jest lekarstwo na miłość? - wyszeptałeś wtedy, troskliwie okrywając moje stopy w wełnianych skarpetach.

Nie wiem – odpowiedziałam.

Dostaję zastrzyki na paskudnego wirusa, wyhodowanego z wymazu mojego gardła.

Jestem chora i poproszę o szczyptę tego uczucia, jedną tabletkę zrozumienia, syrop na zagubienie w świecie i krople na powstrzymanie łez...

Ty wówczas wyciągnąłeś dłoń i pozwoliłeś, wtuleniem w jej wnętrze, ochłodzić rozpalony gorączką policzek.


Chcę zapamiętać już na zawsze tę chwilę - zaśmiałeś się pstrykając to zdjęcie.

Po raz pierwszy mnie o coś poprosiłaś.



Inne zdjęcie – mała, ciemna grudka zawieszona na skrawku jedwabnej nici, przymocowanej do gałązki brzoskwini, na tle rozwrzosowującego się nieba.


Pamiętam ten świt, który coraz bardziej jasnym niebem i śpiewem ptaków ponaglał nas do pożegnania.

Nie potrafiłam się pożegnać.


Tamtej nocy boso tańczyłam dla Ciebie, gwiazd i księżyca.


Jesteś oczarowaniem – Twoje słowa parzyły moje rozognione policzki, gdy wplatałeś w moje włosy kwiaty jaśminu.
Odurzał nas ich mdły zapach.

Rozpostarłam ramiona niczym skrzydła i zamieniłam się w ptaka, który pokochał latać nocą. Odbijałam się w blasku gwiazd i w Twoich źrenicach, miękko spadałam na piękny księżyc Twoich ramion.

Tańczyłam, a ze mną tańczyła moja dusza, serce i marzenia.

Moja sukienka utkana była z najpiękniejszych pragnień i zaklęć, wyperliła się szarością Twoich oczu.


Tańczyłam, a w piruecie wirował cały świat, bo partnerem moim był Anioł o szaroszczęśliwym spojrzeniu.

Zmysłowy, akceptujący, zakochany w każdym kroku naszych stóp.

Zaufałam jego ruchom, wielbiłam dotyk trzymających mnie dłoni, wtańczyłam się w sen o szczęściu i zapomniałam, że tuż obok jest jeszcze tyle nie skończonych spraw.


A gdy zmęczona tym tańcem na chwile przystanęłam, zobaczyłam jeden z najpiękniejszych cudów świata.

W brzasku wstającego dnia, pokazałeś mi wykluwającego się z kokonu motyla.

Jego skrzydła były pomięte jak bibuła i delikatne jak powiew świeżego poranka.

Tak bardzo chciałam go dotknąć, dopomóc rozprostować je, ochronić przed poranną rosą w cieple dłoni.


Nie uczyniłam tego, bo powiedziałeś, że tak samo jak i Ty wybrał czekanie, które jest równoznaczne z jego narodzeniem.

Bo to czekanie wypełnia krwiobieg skrzydeł pewnością, że skrzydła będą mocne, że ochronią przed złem i otulą, zamykając w szczęściu...



Zdjęcie pełni.


Ogromny księżyc, niczym srebrny dukat, odbity w idealnie gładkiej powierzchni jeziora o kolorze rtęci.

To tej nocy poczułam uśmiech gwiazd, wskazujących drogę mleczną.

Wykradałam promienie księżyca, bo zazdrościłam im, że potrafią rozjaśniać Twoje oczy, wysrebrzać ciało.


Siedziałam na huśtawce a Ty byłeś tuż obok.

Szeptałeś, że jestem Twoją szczęśliwą różą, bo różą zakwitło Twoje szczęście.

Dotknąłeś tego kwiatu dziwnie aksamitnym spojrzeniem i delikatnym oddechem próbowałeś rozchylać jego płatki.

Szepnęłam – zerwij ten płatek szczęścia, posmakuj i rozsmakuj się nim...

Zaczerpnij dłońmi i unieś do ust...

Skosztuj i syć się...

Nasycaj...

Nie tylko siebie...


Usta rozbudzone rządzą pocałunków, szeptały słowa wywołujące rumieniec zawstydzenia.

Przy wtórze świerszczy i żab, komponowaliśmy nocny koncert na cztery ręce.

Etiudy nieśmiałych muśnięć, opuszkami, wygrywały pieśń oczekiwania - aż do perfekcji i szaleństwa zachwytu.


Jesteś jak najpiękniejsza jacaranda, rosnąca na zboczach gór Ameryki Południowej...

Odurzasz...

Będziesz moja?


Ulegałam pieszczocie ust i rąk pod płóciennym baldachimem huśtawki...

Będę Twoja...




Nasze przytulone sylwetki na tle mola.


Pamiętam, jak w wietrzny poranek, szliśmy deptakiem wzdłuż plaży.

Wiał porywisty wiatr i Ty zasłoniłeś mnie przed jego podmuchami.

Stałam na Twoich butach, odwrócona plecami do Ciebie, a Ty zamknąłeś mnie w swoich ramionach.

I tak szliśmy, sklejeni w jedno ciało, zrośnięte stopami, połączone wzajemnie przenikającym się dreszczem, wywołanym już nie podmuchami wiatru.

Całowałeś moje włosy, kark, szyję, ramiona, a ja śmiałam się głośno, oznajmiając całemu światu swoją radość.

Wyczułeś wtedy to, o czym nagle pomyślałam i Twoje stopy pomaszerowały w kierunku wydm...

Podmuchy wiatru zasypywały nas drobinami piasku z urwiska...

Twoje palce nerwowo rozpinały guziki mojej bluzki...

Całowałeś tak bardzo delikatnie...

Nikt mnie tak wcześniej nie całował...

Nikt...

Do teraz to czuję...



Twoja fotografia z wyprawy na fiordy.


Czarne, drobne literki, niczym chińskie, zenistyczne malowidło na jedwabiu, zapełniają powierzchnię na jej odwrocie.

Przez kilka chwil byłem cząstka nieśmiertelności – rozbujałą, nierzeczywistą, nieistniejącą.

Doganiałem Ciebie i traciłem jednocześnie.

Nadzieją piłem krople Twoich burz, na ustach Twój smak wypalał i układał poezję, parzył rozkoszą, której nigdy nie mogłem się nasycić.

Jestem silny a płakałem.

Poznałaś największe moje tajemnice, wniknęłaś w głąb źrenic, i nabrałaś miodu, skosztowałaś ze mnie.

Jednym gestem sprawiłaś, ze urosły mi skrzydła, i pozwoliłaś bym uleciał w ciszę...

A przecież szczęście było tak blisko, przepełniało wszystko, nawet przeszłość, z której poznałem, jaką Ciebie pragnę.

Sprowokowałaś szczęście i ono przyszło.

Ukradliśmy coś Panu Bogu na oczach wszystkich.

Nazwałem Twoim imieniem chwile, które powinny trwać aż do końca świata, bo tak bardzo zapragnąłem...


Głaszcze te literki, całuje wzrokiem, obracam, oglądam ze wszystkich stron.
Badam delikatnym dotykiem przestrzeń pomiędzy nimi, oddalam je od oczu, przybliżam.

Ich szyje, brzuszki, twarze tworzą grawer po drugiej stronie moich rzęs.

Są Tobą.

Są dotykiem Twoich ust, niemym krzykiem skargi, piekącym piętnem.

Dotykam je, rozbieram, ubieram.

Zapraszam.

Niech zatańczą wokół mnie w korowodzie spokoju, pewności, niech zaproszą mnie do tego tańca...



Fotografia z datą pierwszego dnia tego roku.
Na niej godzina 00.03.15


W chwilę po jej zrobieniu, chwyciłeś moją dłoń, a ja w niemym przyzwoleniu splotłam palce z Twoimi.

Wybiegliśmy w noc rozświetloną - wybuchającymi na atramencie nieba - kaskadami fajerwerków.


Drugą stronę zatrzaśniętych drzwi Twojego pokoju, przypieczętowałam po raz pierwszy w poddaniu uniesionych ramion.

Zacisnęłam splecione z Twoimi palce i szeptałam twoim oddechem...


Całuj mnie, niech zacznę oddychać pełną piersią...

Podaruj mi oddech...

Uwolnij uwięziony wewnątrz mnie krzyk...

Jestem dla Ciebie...

Chcę być dla Ciebie...

Pragnę...


Bardzo mocno wtuliłeś mnie w swoje ramiona.

Pocałunki mieszały się ze słowami...

Twoje i moje.

Ode mnie do Ciebie.

Od Ciebie do mnie.

Poczułam się przy Tobie taka maleńka, sięgałam Ci zaledwie do brody.

Tak bezpiecznie jak nigdy.

W tej ciemności, po drugiej stronie drzwi, w tym palącym chłodzie, w ciężkim powietrzu...

W nienasyceniu...


Pamiętam moment, kiedy podarowałeś mi wiarę w szczęście i miłość mówiąc:
Zakochać się, to jak zamknąć we wnętrzu dłoni cały otaczający nas świat.

Nagle umieć tego dokonać.

To nawet nie mrużyć oczu przed patrzeniem w słońce, bo ono już nie oślepia swoim blaskiem.

To nie ocierać łez, bo nie pieką...

Tylko kochaj mnie, kochaj...

I nigdy nie przestawaj...

I już bądź...





(*****)

(* * * * * *)

skomentuj (4)

Mąż 2007-01-23 12:54:34

Mąż - to zaobrączkowany osobnik płci męskiej z możliwością przystosowania do niewoli.

Odnosząc się do sytuacji w domu, od razu zaczyna szukać jedzenia i miejsca do spania.

Trzeba pamiętać, ze jest on bardzo daleki od ideału, dlatego wymaga nieustannej opieki i pielęgnacji.


Męża należy trzymać w ciepłym i dobrze przewietrzonym pomieszczeniu.

Należy męża wyprowadzać na spacer - raz dziennie na smyczy, ponieważ może ujawniać się instynkt do uciekania. Nawet najlepiej wytresowani mężowie zostawieni bez opieki, mogą nie znaleźć - albo nie będą chcieli znaleźć - drogi powrotnej.

Niestety urzędy zajmujące się wydaniem i rejestracją mężów (tak zwane Urzędami Stanu Cywilnego) nie dają żadnej gwarancji oraz nie odpowiadają za zaginięcie lub ucieczkę męża.


Należy pamiętać, że okres udomowienia męża źle wpływa na jego naturalne funkcjonowanie - u niektórych pojawia się chęć ciągłych ucieczek, a niektórzy z czasem staja się niepotrzebną i nieestetyczną rzeczą w domu, którą należy się ciągle opiekować.

Lecz przy dobrej technice tresowania, mąż może stać się pożyteczny.


Zastosowanie:


Należy ustalić po co kobiecie, która świetnie daje sobie radę, komplikować sobie życie, nabywając męża.

W najprostszym użyciu tego osobnika, mąż jest potrzebny do zapłodnienia, lecz przy odpowiednim wytrenowaniu może być użyteczny również w innych sferach życiowych, takich jak:

- poprawienie sytuacji materialnej,

- w ciężkich pracach domowych, itd.


Użycie:


Każdy osobnik płci męskiej, pasący się na wolności, może być potencjalnym mężem.

Zainteresować mężczyznę można czymkolwiek - rozpoczynając od butelki, kończąc na górnolotnej frazie, której on wcale nie musi zrozumieć.


Lecz należy pamiętać, ze jeżeli mężczyzna oddzielił się od stada i poszedł za kobietą, to najczęściej dlatego, żeby doznać jednorazowej przyjemności i zaspokoić swój pierwotny instynkt.

Celem kobiety jest doprowadzenie mężczyzny do kompletnego niezrozumienia swych czynów, bowiem tylko w takim stanie jest możliwe zaobrączkowanie, co jest głównym celem kobiety.


Po zaobrączkowaniu najczęściej jest zaplanowane wesele, które ma spowodować, żeby mężczyzna jeszcze dłużej nie mógłby zrozumieć, co się stało.

Niektóre kobiety uważają, ze mąż po zaobrączkowaniu, już nigdzie nie ucieknie.

Niestety, to kompletna bzdura.
Po zaobrączkowaniu należy zając się procesem tresowania.


Tresowanie:


Po nabyciu męża należy od razu przystąpić do tresowania.

Należy pamiętać, że nietresowany mąż jest niebezpieczny dla kobiety, jak również dla całego społeczeństwa. Każdy, nawet najbardziej otępiały mąż poddaje się tresowaniu, należy tylko go regularnie żywić i mieć dużo cierpliwości.

Tak samo jak w przypadku tresowania psów, tak i w przypadku tresowania męża, należy zacząć od podstawowych komend, takich jak: "siadać", "leżeć obok" itd.

Lecz komendy należy dawać nie w sposób dyrektywny, lecz miło: "Kochanie usiądź, chcę na Ciebie popatrzeć", "Kochanie połóż się, na pewno jesteś zmęczony", "Kochanie chodź bliżej, lubię jak jesteś obok mnie".


Przy prawidłowym wykonaniu komend należy podkarmić albo pochwalić, żeby wykształciła się odpowiednia reakcja przy usłyszeniu komend.

Po przekonaniu, że dobrze są przyswojone podstawowe komendy, należy przystąpić do nauki bardziej skomplikowanych, takich jak: "przynieś", "podaj", pozamiataj", "kup mi", "oddaj wypłatę", "pomóż mojej mamie", itd.


Zakonczenie:


Drogie kobiety, jeżeli po zrozumieniu wielkości problemu, jeszcze nie zrezygnowałyście z zamiaru nabycia męża, to mogę Was pocieszyć - zadbany, dobrze umyty, uczesany, nakarmiony i umiejętnie wytresowany mąż, może kobiecie dać dużo przyjemnych chwil, lecz nie świadczy to o umiejętnościach danego gatunku fauny, lecz o wyjątkowych umiejętnościach kobiet w sferze udomawiania i tresowania dzikich zwierząt.


Znalezione w necie.


( ******* )

skomentuj (2)

Marzenie... 2007-01-21 13:36:48

Gdy pytam znajomych: czy marzysz? najczęściej widzę jedynie uśmiech na ich twarzach, którym starają się zamaskować zaskoczenie.

Jasne - mówią , każdy o czymś marzy!

Nie daję za wygraną : ale o czym Ty marzysz?

I widzę jak gorączkowo szukają sami w sobie odpowiedzi na to pytanie. Jeśli pada odpowiedz, to częściej z kategorii "mieć" niż "być".

Marzą o samodzielnym mieszkaniu, meblach, tropikalnych wczasach, super bucikach z wystawy, o nowym aucie, rodzinie.

Wśród osób starszych pojawia się marzenie związane ze zdrowiem, stabilizacją, itd...


Czasami spotykamy osobę, która marzy o posiadaniu na wyłączność innego człowieka.

Wtedy nadrzędnym celem takiej osoby jest - poprzez stopniowe uzależnienie od siebie wybranej ofiary - całkowite jej podporządkowanie.

Często osoba taka cel ostateczny stara się osiągnąć poprzez dominację.

To typ osoby, która dopiero po ”wchłonięciu” swojej upatrzonej ofiary, uczynieniu z niej części samego siebie, podnosi swoją samoocenę, i dopiero wówczas wie, że żyje.


Czy w ten sposób ucieka od swojej samotności?

Czy tak wypełnia poczucie pustki?


Niekiedy metody, którymi się posługuje przekraczają ustanowione granice prawa.

Śledzenie ofiary, chodzenie za nią, wystawanie godzinami w pobliżu domu, zbieranie wszystkich możliwych informacji o ofierze, trybie jej życia, znajomych, przyzwyczajeniach, pisanie setek sms-ów, wydzwanianie w najróżniejszych porach dnia i nocy, głuche telefony, upiorne dyszenie w słuchawce, nachodzenie, prześladowanie – to tylko te z rodzaju „niewinnych” metod działania.


Czasami bywa, że grozi swojej ofierze podczas kontaktu w cztery oczy, czasami groźby te wprowadza w czyn.


To nękacz.

Jego ofiarą może stać się każdy człowiek, jest jednak kilka kryteriów, którymi kieruje się on przy jej wyborze.

Przede wszystkim łatwo rozpoznaje osoby, które potrzebują akceptacji.

Inną grupą ryzyka są osoby wrażliwe, życzliwe ludziom i skłonne do bezinteresownej pomocy. Nękacz bardzo często bierze życzliwość za objaw słabości i ktoś, kto z początku zwyczajnie chciał mu pomóc, łatwo może zostać wmanipulowany w niewygodną sytuację.


Kim jest taki człowiek?

Zdarza się, że osoba taką jest były partner, który nie przyjął do wiadomości odejścia i śledzi , pisze listy, smsy i e-maile, dzwoni do Nasi naszych wspólnych znajomych lub po prostu prześladuje. Nie potrafi pogodzić się z zakończeniem związku i swoim natręctwem próbuje wpłynąć na decyzję eks-partnera, licząc, że wszystko będzie "po staremu".

Bywa, że jest to osoba przypadkowo poznana, która miesiącami wydzwania, proponując spotkanie.

Czasami jest to natrętny gość, którego nie możemy pozbyć się z domu.
Może to być cichy wielbiciel, który z czasem stale chce przebywać z upatrzoną ofiarą, zadaje mnóstwo pytań dotyczących jej życia. Po bardzo krótkim czasie zna całą rodzinę i wszystkich znajomych, ma wszystkie możliwe adresy i numery telefonów.

Często zagarnia rzeczy od swojej upatrzonej ofiary oraz znajomych.
W miarę upływu czasu, w relacji z nękaczem, pojawia się forma szantażu: bez Ciebie nie istnieję, nie mogę żyć, należymy do siebie, będziemy aż do śmierci.

Pojawiają się prośby i groźby.

Osoba taka grozi samobójstwem lub samookaleczeniem, zabójstwem lub okaleczeniem, pobiciem i publicznym ujawnieniem szczegółów z osobistego życia, błaga o litość lub zapewnia o szalonej miłości.

Stosuje różnego rodzaju gadżety mające na celu uwiarygodnienie tych słów.


Próby zniknięcia z życia nękacza nie zawsze są możliwe do zrealizowania.

Wszak każdy z nas ma miejsce zamieszkania, pracy, nauki znajomych czy też rodzinę.


Odtrącony nękacz nie musi już pragnąć wspólnego życia w zgodzie.

Chce tylko, aby pomiędzy nim a ofiarą w dalszym ciągu trwała jakakolwiek relacja, aby cokolwiek się działo, jego pragnieniem nie jest sympatia, tylko potrzeba uwagi.

Żyje energią, jaką mu się poświęca.

Tak naprawdę liczy się nie to, czy z nim mieszkamy, ale to, by COKOLWIEK się działo.

Niech to będzie nawet sprawa sądowa, którą mu założymy za prześladowanie, niech to będzie wysyłanie na niego policji, niech to będzie list pełen inwektyw i gróźb - dla nękacza wszystko to jest w jakiś sposób satysfakcjonujące, ponieważ wszystko to wypełnia pustkę w jego życiu i jest dla jego chorej psychiki jakąś formą związku.

Jeśli go przez wsadzą do więzienia, nękacz nie posiada się ze szczęścia.
Oto jesteście już na wieki związani - ty jesteś Krzywdzicielem, a on Pokrzywdzonym i Prześladowanym.

Ma teraz podstawy by cię ścigać i myśleć o tobie.

W jego chorej wyobraźni jesteście teraz jak wilk i zając - na zawsze razem.


Połączeni konfliktem, czy miłością - nie ma to dla niego większego znaczenia.

Nie jest ważne, na jakich zasadach opiera się kontakt między nim a drugą stroną, najważniejsze jest by był i stosuje tutaj najprzeróżniejsze metody:

- od finansowego uzależnienia ofiary do uzależnienia się od niej (jeśli mnie odrzucisz, będę bez środków do życia. Zginę, a Ty będziesz temu winien, zostanę narkomanem, alkoholikiem, przestępcą);

- od zadręczania swoimi psychologicznymi problemami do faktycznego pijaństwa czy odurzania się narkotykami;

- od manipulowania zasadą wzajemności, poprzez gloryfikację ofiary, bombardowanie miłością i pseudoopieką, aż do wywołania poczucia winy;

- od wywołania u ofiary huśtawki emocjonalnej, poprzez obniżanie jej samooceny aż do samookaleczeń, pozorowanych samobójstw;

- od gróźb, pobić do znęcania się fizycznego, niszczenia mienia, porwań a
nawet zabójstwa.

Wachlarz metod jest nieograniczony, często metody te stosowane są łącznie.


Nękacz nie jest zdolny istnieć samodzielnie i nie uznaje najmniejszych
odrębności.

Stopniowo uzależni od siebie ofiarę całkowicie. Odetnie jej wszelkie kontakty ze światem, pozbawi możliwości wychodzenia z domu, odetnie niezależność finansową, przejmie własność i wydobędzie każdą tajemnicę. Jest jak wirus wprowadzony do organizmu, który raz wpuszczony, wgryza się w każdą funkcję ciała i wszędzie jest obecny.

Jest dziko zazdrosny.


Jakakolwiek ugoda z taką osobą jest niemożliwa, gdyby jej na to pozwolić nękacz "pożre" z czasem swoją ofiarę.
Próby wynegocjowania od nękacza, aby się odczepił są bezcelowe.

Nękacz specjalnie przedłuża takie negocjacje w nieskończoność, wywleka winy prawdziwe i urojone, targuje się i stosuje tysiące sztuczek.

Nie ma żadnej granicy jego zaborczości i cokolwiek z nim się wynegocjonuje, zadowoli go to tylko na jakiś czas.

Prędzej czy później przekroczy on każdą granicę i nie pozostawi żadnej wolnej przestrzeni.


Zanim zaczniemy uciekać przed nękaczem w kłamstwa, dobrze jest uświadomić sobie, że mamy osobiste prawo do dysponowania swoim czasem, swoim mieszkaniem oraz do nie kontaktowania się z osobami niepożądanymi.


W przeciwstawieniu się nękaczowi najważniejszą bronią jest konsekwencja i asertywność.

Jeśli obiecaliśmy mu, że więcej się do niego nie odezwiemy, dotrzymajmy obietnicy.

W przeciwnym razie przestanie brać nasze słowa na poważnie.

Jedyną skuteczną metodą na nękającą nas osobę jest jasne, dobitne poinformowanie jej, że przerywamy wszelkie kontakty z nią.

Bez argumentowania i tłumaczenia się.


Niestety, nie wszyscy nękacze dają się zbyć w ten sposób.

Jeżeli nękaczem okaże się osoba przejawiająca skłonności do przemocy, może się zdarzyć, że na odrzucenie zareaguje agresją.

Wtedy powinniśmy zgłosić sprawę na policję, ponieważ jest to naruszenie naszej nietykalności.

Jeśli tego nie zrobimy, może być to sygnał dla agresora, że zgadzamy się na takie traktowanie.


I w tym momencie wpadamy w błędne koło. Wszak dla nękacza najistotniejszym jest, by w relacji pomiędzy katem a ofiarą cokolwiek się działo.


I nie oczekujmy, że nękacz prędko się odczepi.

Nękanie może trwać miesiącami a nawet latami, aż do momentu, gdy prześladowca znajdzie sobie inną ofiarę na nasze miejsce.

Bo bez niej nie potrafi żyć.


Może więc bardziej odpowiednią metodą pozbycia się dręczyciela będzie posłużenie się taką techniką, żeby zlecić nękanie go osobie trzeciej?

Wszak znamy jego maila, adres, inne dane.

Można to wykorzystać i urządzić mu niezłe piekło, bez ujawniania własnego w tym piekle udziału.


Znajomy, z którym kontaktowałam się w sprawie zapisania na kurs samoobrony, przedstawił mi swoje stanowisko: ja swoje sprawy zawsze staram się załatwiac osobiście i ostatecznie.

Nie chcę wchodzić w żadne układy zależności, które ktoś mogłby kiedyś wykorzystać.

Ale jeśli tego wymagałoby bezpieczenstwo moje, czy też moich bliskich, nie wiem do czego
byłbym skłonny się posunąć.

Taki już jest ten swiat.



skomentuj (2)

Opowiedz o tęczy... 2007-01-15 21:05:12

Oddział dziecięcy.


Kolorowe ściany, barwne plamy szafek, książki, zabawki, piżamki w bajkowe postaci, a wśród tej kolorowej scenerii smutne, nierzadko przerażone buzie, oczy badawczo śledzące lekarzy, pielęgniarki, przyglądające się nam.

I lęk.

Ci mali pacjenci nagle znaleźli się w dziwnym, obcym miejscu, bez stałej obecności mamy i osób najbliższych, gwarantujących poczucie bezpieczeństwa.


Dzieci te nagle czują się „niczyje”, samotne, zagubione, zagrożone, jakby porzucone lub ukarane.


Szpital, w odróżnieniu od domu, jest dla tych małych pacjentów środowiskiem sztucznym, nowym i obcym, wyposażonym w podejrzanie wyglądającą aparaturę, dziwne hałasy, zapachy i kojarzącym się z bólem zabiegów diagnostyczno-leczniczych.


Patrzę i uczę się.


Kolejny raz na tym oddziale, przyglądam się lekarzom, słucham uważnie co mówią, śledzę jak badają, diagnozują, jakie zalecenia wydają, jakie leki i dawki.

Ma to szczególne znaczenie, ponieważ pacjentami są małe dzieci.


Dzieci chorują całym swoim maleńkim ciałkiem, często również duszą.


Widzę lęk w ich oczach, a z drugiej strony niesamowitą - jak na ich wiek - dojrzałość.

Niektóre z nich przywodzą mi na myśl osoby dorosłe, starsze, jakby pogodziły się z chorobą.

Wówczas widać, że dzieci te cierpią nie tylko fizycznie.

Ucieczką w ścianę lub w sufit odgradzają się od stresu, bólu, rzeczywistości.


Te dzieci najbardziej potrzebują uczucia.


Poza profesjonalnym i skutecznym leczeniem, ważnym jest, aby mieć dla tych maluchów czas, umieć przełamać barierę milczenia, stopniowo nawiązać kontakt, słuchać ich, rozmawiać i współczuć.


To dzieci, które nocami płaczą, nie chcą nic jeść, bawić się ani słuchać bajek.

Często przy łóżeczku takiego maluszka siedzi - badawczo w niego wpatrzona, zmęczona, nierzadko zrozpaczona - matka.

Zatroskany wzrok, pieszczotliwy dotyk włosów, czoła, głaskanie maleńkiej rączki.


Są też dzieci, które po kilku dniach serwowania całej gamy leków, zaczynają się uśmiechać, chwytają za stetoskop, pierścionek, fartuch.

Pytają i opowiadają - nawiązując kontakt z innymi dziećmi i personelem.

To znak, że zdrowieją.

Siedzące przy nich matki wyglądają na mniej zmęczone.


Jest rónież grupka oddziałowych urwisów – dzieci, których wszędzie pełno, rozrabiających, śmiejących się głośno, chętnie demonstrujących miejsca po venflonie, opowiadających o schorzeniach innych.

O tych wiadomo, że niedługo wrócą do domów, a siedzące przy nich kobiety mają uśmiechnięte oczy.


Ale bywa i tak, że przy cierpiącym dziecku nie ma nikogo bliskiego.


Taką dziewczynką jest Paulinka.

Jej drobne, ośmioletnie, wychudzone ciało, nie reaguje na żadne bodźce zewnętrzne.


Cichutka, spokojna, odwrócona plecami do sali, skubie szczebelek łóżeczka lub maleńką plamkę na ścianie.

A przecież z korytarza dobiegają najprzeróżniejsze odgłosy, w sali dało się wyczuć nagłe poruszenie wywołane naszym wejściem, badaniami, rozmowami.


Tydzień temu ogromnymi oczami w sinych obwódkach, śledziła to, co się obok działo.

Dzisiaj wykazuje całkowitą apatię.


Wróciłam do niej po zajęciach na oddziale, usiadłam przy łóżeczku z tym wyniszczonym chorobą ciałem.


Hej Paulinko, przyszłam specjalnie do Ciebie.

Porozmawiasz troszeczkę ze mną?


Brak jakiejkolwiek reakcji ze strony dziewczynki jest odpowiedzią na moje próby nawiązania kontaktu.


Zresztą nie musisz...

Posiedzę troszeczkę przy Tobie, dobrze?

Wiesz, wczoraj grała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka...

To był kosmiczny koncert, aż do Nieba.


Maleńkie paluszki nerwowo skubią szczebelek łóżeczka.


A w nocy były sztuczne ognie.

Ogrooomne, kolorowe, jasne, jak gwiazdy...


Małe paluszki znieruchomiały na szczebelku.


Błyszczały jak tęczowe słońca...

Wiesz, niebo było całe czarne i wydawało się, że wybuchają na nim miliony gwiazd, takich baaardzo jasnych, aż nie można było na nie patrzeć, bo bolały oczy...

Różnokolorowe.

Białe, niebieskie, żółte, czerwone, fioletowe, zielone...

Jak wszystkie kolory tęczy.

Chyba wszystkie anioły w niebie się obudziły...


Ciociu, czy taki obudzony Anioł przyjdzie do mnie?


Na pewno.

Bo ta orkiestra grała właśnie dla takich dzieci jak Ty – chorujących.

Żeby mogły być znów zdrowe.

I anioł na pewno zajrzy w nocy do okna i przyfrunie, jak będziesz spała...

Myślę, że przyniesie Ci piękny sen...

Może taki o tych tęczowych słońcach, które go obudziły.


Ciociu, czy Anioły czytają dzieciom bajki?

Takie bajki na dobranoc?



A chciałabyś, żeby przeczytać Ci bajkę?


Tak.


To pójdę i pożyczę od kogoś książkę z bajkami.


Nie, nie idź.

Opowiedz...



O Kopciuszku czy Czerwonym Kapturku?


Opowiedz o tęczy...




**********
Wpisem tym chciałabym podziękować wszystkim wolontariuszom.




( *************** )

skomentuj (12)

Marionetka... 2007-01-10 04:57:21

Życie to nie teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;

Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada;

Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra

Przy otwartych i zamkniętych drzwiach.
To jest gra!



Miała niecałe 18 lat, gdy stanął w promieniach jesiennego słońca na progu jej domu.


Był aktorem - starszym, doświadczonym w wielu odgrywanych już wcześniej rolach.

Wpatrzona w jego perfekcyjna grę, coraz śmielej pozwalała pociągać za swoje sznurki, coraz posłuszniej przystępowała do dwuosobowej sztuki, którą on nazwał „miłością”.

Zafascynowana osobowością, urokiem osobistym (któremu ulegli również pozostali aktorzy) pokochała pierwszą dziewczęcą miłością.


W uległości swojej przypominała marionetkę, którą on stopniowo nauczał najpiękniejszych strof miłosnych, misternie je reżyserując.


Jednakże życie ukazało swoje brutalne oblicze.


Na scenie ich teatru pojawiła się nowa aktorka.

Pewnego dnia, właśnie z nią, dotychczasowy nauczyciel zagrał jedną ze scen miłosnych, której była przypadkowym widzem.


Marionetka opuściła teatr.

Powoli związywała poszarpane sznurki, sztukowała je, przywracając ciało do funkcjonowania.


Nowa aktorka prawdopodobnie nie sprostała wymaganiom reżysera, ponieważ ten znów zapukał do drzwi marionetki, przynosząc w dłoniach kontrakt wyznaczający datę angażu.

Uległa namowom innych aktorów i wybaczając - przyjęła kolejną rolę.

Może swoje dotychczasowe niepowodzenie przypisywała brakowi profesjonalizmu?


Ale rola, którą wspólnie odgrywali, nie była już tak piękna.

Powiązane sznurki stawiały opór supłami, a i ruchy reżysera pewnego dnia sprawiły ból fizyczny.

Ten, przeczuwając zapewne koniec duetu, podpisał trzyletni angaż do trupy grającej na innych scenach.


Jeżeli mam coś w życiu osiągnąć jako aktor, muszę uczyć się od innych, grających w odmiennych, bardziej komfortowych, warunkach.

Wrócę i założymy nasz własny, wspólny teatr
- zapewniał osuszając -pocałunkami pożegnania - zapłakane oczy i policzki.


Przesunięto też, wcześniej uzgodniony, termin podpisania angażu.

Dobrze, będę czekała - zapewniła.
I czekała.

Odwiedzała czasami garderobę aktora, ale nie potrafiła tam się odnaleźć.

Zbyt mocno tęskniła za osobami, których grę znała od zawsze.


Dobiegał do końca trzyletni okres rozstania, ale wykształcony już aktor nie powracał.

Na kolejną prośbę i pytanie o powrót odpowiedział, że odnalazł siebie w tym nowym teatrze i pozostanie, bo na tamtej scenie może się realizować.

Prawdopodobnie wpływ na tę decyzję miała kolejna, bardziej doświadczona aktorka, która gościnnie, przez pewien czas, występowała w trupie aktora, i przez kilka tygodni razem z nim grała.


Rozstanie było bolesne, tym bardziej, ze przez te kilka lat marionetka doroślała. Poznała inne osoby, spotkała się też z obłudą, zawiścią, zazdrością.

Dostrzegła, że dotychczasowy pan i władca jest wielkim cynikiem. Nie był takim w stosunku do niej, ale wielokrotnie widziała to w jego relacjach z innymi osobami.


Zobaczyła również, jakim okrutnym potrafił być ten mężczyzna w stosunku do innego, któremu się spodobała.

Przerażona nie potrafiła już nigdy wymazać ze swojej pamięci widoku zmasakrowanej osoby, leżącej na szpitalnym łóżku, nie potrafiła też o tym z nikim rozmawiać.

Milczeniem swoim stała się współwinną.


Prawdopodobnie tamto okrucieństwo i strach spowodowały, że podczas pogrzebu jednej z bardzo bliskich aktorek, zaakceptowała propozycję wspólnego wyjazdu.


Nowe życie okazało się koszmarem.


Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam;

Życie to nie tylko kolorowa maskarada;

Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest;

Wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć!

Ty i ja - teatry to są dwa.
Ty i ja!



Wyszkolony już profesjonalnie aktor rzucił się w wir pracy zawodowej, pozostawiając ją samą cale dni i noce, niczym niepotrzebną nikomu marionetkę.

Nową rolą, do której została zaangażowana, było granie zadowolonej, zadbanej, wręcz szczęśliwej pomocy domowej i wyuzdanej kochanki.


Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.

Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.

Nawet kiedy źle ci jest, to nie jest źle.
Bo Ty grasz!

Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.



W tajemnicy przed swoim partnerem kupiła powrotny bilet, w jedną torbę spakowała osobiste rzeczy i w pewną deszczową noc, zmarznięta i przerażona, zapukała do drzwi swojego dawnego teatru.

Stary, samotny aktor, który tam mieszkał, wysłuchał naprędce zmyślonej opowieści o tęsknocie, jednakże nie wierzył - tak do końca - historyjkom o satysfakcjonujących, przynoszących szczęście chwilach.

Przerażona marionetka truchlała na dźwięk każdego telefonu, odgłos hamującego samochodu, najmniejsze skrzypnięcie furtki. Bała się, że na swojej drodze spotka kiedyś mistrza.


I spotkali się.


W pewne świąteczne popołudnie, śmiało wkroczył do jej garderoby – wszak kiedyś posiadał klucze nie tylko od jej serca.

Bolesnym było to spotkanie.

Nie bolały tak bardzo sine bransoletki na przegubach rąk, jak słowa - ja wrócę.


Dzisiaj bankiet u atrystów, ty się tam wybierasz;

Gości będzie dużo, niedostępna tyraliera;

Flirt i alkohole, może tańce będą też,

Drzwi otwarte zamkną potem się.
No i cześć!
Wpadnę tam na chwilę, zanim spuchnie atmosfera;

Wódki dwie wypiję, potem cicho się pozbieram;

Wyjdę na ulicę, przy fontannie zmoczę łeb;

Wyjdę na przestworza, przecudowny stworzę wiersz.

Ty i ja - teatry to dwa.
Ty i ja!



Powracał.


Siedziała skulona w kącie pokoju i obserwowała zabarykadowane komodą drzwi, wzrok śledził najmniejsze drgnienie klamki, niczym klaśnięcia strzałów wstrząsały tak bardzo znajome kroki.


Strach, bojaźń, ucieczka w głąb siebie... i poddanie.


To był ślepak - ale to nim wykrzyczała wszystkie swoje lęki, ból, strach, przerażenie i koszmary nocne, wyrywające z łóżka - zlane zimnym potem - ciało. Bo tylko ciało jeszcze reagowało lękiem.


Rozliczanie przeszłości... materialne i duchowe.

Kolejne wizyty i groźby porachowania się z kimkolwiek, kto spróbuje zaistnieć w jej życiu.


Wiedziała jak potrafi być okrutnym.


Siłą wciągnięta do samochodu i wywieziona w najbardziej zatęchły rejon bagien, po stokroć przyrzekała, że nie zatańczy tańca motyli...

Bolesna, bardzo długa aborcja rodzącego się uczucia...

Szantaż emocjonalny i ból...


Kolejne ucieczki... czasami w towarzystwo Białej Pani...

Już nie płakała.


Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.

Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.

I niezaraźliwy wcale jest twój śmiech.
Bo ty grasz!

Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.

Cały jestem zbudowany z ran.

Lecz gdy śmieję się, to w krąg się śmieje świat!



Nie dostrzegł tego mieszkającego tuż obok, tego, który cierpliwością i spokojem zakraplał pojedyncze krople siły - może rzeczywiście najciemniej jest pod latarnią?

Myślała, że jest już silna.


Do przedwczoraj.

To był zwyczajny dzień, zwyczajny poranek, kubek kawy, codzienne poranne obowiązki wykonywane w pośpiechu, bo zaspała rozmawiając długo w noc z tym, którego sprawy zawodowe wywołały daleko - kilka tysięcy kilometrów od niej.

Otworzyła z rozmachem drzwi wejściowe i wpadła wprost na czekającego za nimi upiora...



***************


W najciemniejszym kącie najmniejszego pokoju, w czeluści największego, spośród znajdujących się w domu foteli, siedzi w dziwnie skulonej pozycji, niczym porzucona w rogu pustej sceny marionetka.

Podciągnięte kolana, na których oparła brodę, mocno objęła ramionami – jakby wtuleniem w samą siebie chciała zminimalizować istnienie, zamknąć w jak najmniejszą powierzchnię ciało, powstrzymać dygocące kolana i dzwoniące zęby, zatrzymać wewnątrz to coś, co dało siłę, by gwałtownie przeciwstawić się po raz pierwszy ...

głośno i wyraźnie...

prosto w twarz...


Padały kolejne słowa niczym policzki.

Ale tym razem to ona uderzała.


Nie!

Dość!

Już nie nadstawię drugiego policzka!
Nie zapomniałam i nie zapomnę żadnego bólu i upokorzenia.


Cynizmem rozliczała przeszłość.
Wspomnienia pokryły twarz makijażem w barwach wojny.

Niczym kameleon, w chwilę, przeistoczyła się w furię.

Nie prosiła o pozwolenie, nie rzuciła na szalę ulotności dotyku, który nagle stał się największym ciężarem.


I miała pewność, że wygrywa...



We wpisie wykorzystałam fragmenty wiersza Edwarda Stachury "Życie to nie teatr"


( *** )

skomentuj (11)

silicato berilio alluminico... 2007-01-07 17:28:41

Wolniutko, bezszelestnie, stopa za stopą, krok za krokiem stąpam w Twoje poranki, gdy klaksonem na podjeździe wszystkim sąsiadom oznajmiasz, że już czekasz, aby mnie odwieźć na uczelnię.

I wowczas świat wokół jaśnieje, pomimo siąpiącego deszczu, bo wiem, że nadąsany nie wciśniesz pedału gazu o ile nie pocałuję Twojego policzka na „dzień dobry”, a Ty znów - śmiejąc się - zażartujesz:


czy te poziomki zawsze muszą pozostawiać taki gorący ślad na skórze?


Z radosnym uśmiechem wkraczam w Twoje popołudnia, biegnąc do samochodu czekającego na przyuczelnianym parkingu, wciągam Cię w swoje sprawy uczelniane, opowiadam o tym, co się dzisiaj wydarzyło.

I chociaż widzę z jakim skupieniem obserwujesz popołudniowy korek na jezdni, to wiem, że mnie uważnie słuchasz.


Bywają też takie powroty, gdy nie mówię nic.

Wtedy wiesz, że należy milczeć, bo żadne słowa nie zatrą obrazu sekcji, który nadal mam pod powiekami, że nie ma odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie można było pomóc, dlaczego chorując tak bardzo się cierpi?


W takie popołudnia wiem, że przyjdziesz zanim noc na dobre zagości za oknem i nie pozwolisz mi samotnie szukać odpowiedzi na wciąż rodzące się wątpliwości, pytania.


Dzielisz ze mną tę ciszę szelestem przeglądanej gazety, aromatem kawy, którą ciągle przyrządzasz, zalewając wrzątkiem wsypane do kubków drobiny.


„Lubię, jak cukier, który wsypuję do kubka, brązowieje i powoli zapada się w głąb, niczym balansujący na krawędzi desperat po podjęciu decyzji.

Kiwa się w przód i w tył, jakby zastanawiał się czy dać krok w przod, czy się cofnąć - i w końcu - spada w otchłań -
kiedyś powiedziałeś.

Wiesz, przypomina Ciebie i Twoje obawy, takie zliczanie wszystkich za i przeciw, ważenie ich z iście jubilerską dokładnością...”


Tak, ważę swoje za i przeciw.

Bo stale zbyt wiele pięknych kobiet wokół Ciebie.


Chyba zawsze były, ale ich namacalną obecność odczułam szczególnie na pokazie kolekcji Twojej koleżanki z uczelni.

Młode, piękne, długonogie, dopracowane w najdrobniejszym szczególe i tak bardzo pewne swej urody. Przypominały wielobarwny rój motyli, tańczący w świetle jupiterów, niczym w promieniach słońca.


Siedziałam na przydzielonym mi krześle, w drugim rzędzie, obok dwu kobiet omawiających cennik operacji plastycznych i obserwowałam te młodziutkie dziewczyny, stanowiące centrum męskich spojrzeń, gestów, wędrówek przez falujący tłum.

Pod przykrywka szerokich, wystudiowanych uśmiechów, odsłaniających pełne uzębienie, w przechyleniu szyi, wygięciu talii, trzepocie rzęs, wyuczonym geście uniesienia lampki szampana, zobaczyłam drapieżne zwierzęta, nasycające się w porze uczty ale ciągle czujne, bacznie obserwujące otoczenie, kalkulujące, oceniające, taksujące... i nawet nie zachowujące jakichkolwiek pozorów.


Fałsz?

Obłuda?


Sądzę, że tak.

Fałsz przejawiający się w nagłym uśmiechu, gdy buzia zwraca się w kierunku rozmówcy i zimne, sztyletujące spojrzenie w kierunku konkurentki, gdy tylko tamta znajdzie się zbyt blisko.

Radosny, grupowy uśmiech przy pozowaniu do zdjęć i zimna twarz, gdy tylko przestały błyskać flesze.

Wydęte usta, wypchnięte do przodu biodra, maksymalnie wciągnięte brzuchy i ściągnięte pośladki.

I ten wyraz znudzenia.

Czy też wystudiowany?


Opuściłeś właśnie taki wianuszek rozszczebiotanych motyli i podszedłeś do mnie.


Posmutniały Twoje oczy... wracamy?


Nie, bawię się świetnie.

Przypomniało mi się tylko coś i się zamyśliłam, ale to już minęło.

Zostańmy jeszcze.


Czy miałam Ci przytaknąć?

Czy miałam powiedzieć, że jestem zazdrosna o te kobiety, przy których nagle poczułam się dziwnie stara?

One zawsze będą młode, piękne, kuszące i ciągle nowe.


Przysunąłeś sąsiednie krzesło i siadając przede mną, odgrodziłeś mnie od tamtego światu.

Nachyliłeś się do przodu i pogładziłeś mój policzek.


Kocham w Tobie tę zazdrośnicę... i cieszę się, że jesteś zazdrosna, bo to oznacza, że nie jestem Tobie obojętnym.


Przeobrażasz się z kociaka w drapieżną kotkę... i to w Tobie ubóstwiam.

I tylko niech Ci nie przyjdzie do głowy odchudzanie się.


Ślicznie wyglądasz w tej zielonej sukience.

Przypominasz kolumbijskie silicato berilio alluminico, taki lśniący esmeraldas bez najmniejszej skazy żółci i błękitu.


Chodź... przedstawię Cię reszcie moich znajomych...




(*******)

skomentuj (2)

Czas Maldorora? 2007-01-04 03:00:34



Światłocieniem ramion naprężasz noc.


Źrenice dłoni na blejtramie talii,

koloryt ust wysyca biodra.


Parzysz.


Galeria półoddechów,

dreszcz grający w mym ciele.


Purpurowe przenicowanie...



(*********)

skomentuj (4)

Bumerang... 2006-12-27 00:34:37

Popołudniowa cisza wolno sączy się w pustym domu.

Świąteczny zmierzch wkracza w nasze popołudnie, dochodzi do magicznego kręgu blasku, który pada z kominka i cofa się gęstniejąc w kątach pokoju.

Usiadłam na kanapie i podciągnęłam nogi.

Pies swoim zwyczajem położył się tuż obok, jednak ciepło bijące od ognia, zmusza go do zeskoczenia z dotychczas zajmowanego miejsca, na rzecz oddalonego fotela.


Skwapliwie zająłeś jego miejsce.


Jestem zmęczony dzisiejszą jazdą, objedzony do granic możliwości i rozleniwiony jak kot wygrzewający się w słońcu - słyszę jak mówisz to bardziej do ognia niż do mnie.


Przesuwam się na koniec kanapy, a Ty machinalnie wyciągasz się na niej, z głową na moich kolanach.

Bierzesz moją dłoń i kładziesz na swojej twarzy.


Naucz się mnie...

Naucz się patrzeć dotykiem palców, żebyś już na zawsze zapamiętała moją twarz...



Wolno przesuwam dłoń muskając czoło, bok policzka, brodę.

Okrążam dolną linię ust, prawą stronę górnej krawędzi wargi, wgłębienie łączące usta z nosem.

Palce muskają jego czubek, przesuwają się po linii grzbietu, badają niewielkie garb i wyruszają w dalszą drogę pomiędzy oczami, aż do linii brwi.

Czuję delikatne drżenie skóry, gdy gładzę prawą brew.

Skroń.

Powieka.

Opuszkami wyczuwam delikatny ruch gałki ocznej.

Palce wędrują do wewnętrznego kącika oka i rozpoczynają powrotną podroż na zewnątrz, tym razem wzdłuż linii dolnej powieki.

Czuje, jak pod opuszkami przesuwają się poszczególne włoski rzęs.

I znów podróż nad linią brwi ku środkowi, gdzie napotykam niewielkie zagłębienie pionowej zmarszczki.

Wygładzam ją i czuję, jak Twoja głowa zaczyna mi dziwnie ciążyć na kolanach.


Śpisz.

Poprzez trzask wypryskujących z polan iskier, słyszę Twój głęboki oddech.


Spokój.

Mam uczucie, jakbyśmy oboje tworzyli z otaczającym nas światem jedność.

Złe myśli zamknięte na klucz.

Szczęście wymykające się spod moich palców, ulatujące gdzieś w przestrzeń.


Motyle w brzuchu...


Wraz z kapiącymi chwilami zmierzchu, napływają wspomnienia.

Te bardziej odległe w czasie i te całkiem świeże.


Wczesnym rankiem siedziałam tuż za kierującym samochodem Tatą i obserwowałam z tyłu tych dwu mężczyzn. Pochłonięci rozmową, chyba zapomnieli o moim istnieniu.

Zwykła rozmowa o planach na najbliższe dni, tygodnie, miesiące.


Czy naprawdę życie jest takie proste?

Czy tak łatwo dokonać wyboru tego, co najwłaściwsze?

Dlaczego ja tak nie potrafię?

Dlaczego nie potrafię cieszyć się tym, co mam w zasięgu ręki?

Dlaczego komplikuję wszystko sobie i innym?

Wciąż szukam, wciąż dokądś biegnę, nie patrząc pod nogi.

Moje życie jest niczym ten - uciekający za szybą samochodu - krajobraz.

Zawsze się gdzieś spieszę, i zawsze jestem gdzieś spóźniona.

Może dlatego nie dostrzegam rzeczy maleńkich, tych tuż obok, ponieważ szybko umykają w tej szalonej jeździe?

Nie mam nawet sposobności, by nimi się cieszyć.

Może dlatego ich miejsce zajmują chwile, w których są łzy?

Dlaczego nie potrafię wyciągać z tych łzawych chwil wniosków?

Dlaczego nie potrafię obiektywnie stwierdzić - dlaczego płaczę?


Przecież tak nie powinno być.

Przecież to jest moje życie.

Może będzie tak samo krótkie jak Mamy?

Nie powinnam doprowadzać do sytuacji, że się załamuję, gdy coś nie wychodzi.

Powinnam już nauczyć się postępować tak, by uniknąć cierpienia.

Ale ja wolę się „katować”.

Wciąż powracam w to samo miejsce, do tych samych ludzi, łudząc się, że już nie będzie łez, że tym razem będzie inaczej, lepiej, radośniej.


Jak bumerang...


Może właśnie przez takie postępowanie czuję się samotna?

Ale przecież samotność jest nie do zniesienia.

Wiem, że nie można wiecznie zbierać gwiazdy z nieba, nie zawsze łapie się Pana Boga za nogi, nie mam patentu na wspaniałe życie, na nieomylność.

Nikt nie ma.

Więc czemu nie uczę się wyciągając wnioski?

Dlaczego złe decyzje przynoszą dobre skutki, a decyzje z pozoru trafne i słuszne stają się przyczynkiem katastrofy?

A ludzie których spotykam na swojej drodze nie zawsze są dobrzy, nie zawsze są też źli. Przecież nie sposób oddzielić z góry jednych od drugich.

Można udzielić kredytu zaufania, ale można też kazać na owo zaufanie zapracować.


Setki kilometrów podróży i setki pytań, które pozostają bez odpowiedzi, bo nie ma na nie łatwych odpowiedzi.

Tak samo jak nie ma łatwych decyzji, ani sytuacji bez wyjścia.


Moje palce delikatnie gładzą Twoje włosy.

Podążają drogą Twego gestu, gdy w zakłopotaniu przeczesujesz je mimowolnym uniesieniem ręki,


I nagle wszystko zaczyna wydawać się takie proste.

Plany wcale nie są takie trudne do zrealizowania, kłopoty – do przeskoczenia.

Wpatruję się w pełzające płomyki ognia, jaskrawe punkciki iskier i czuję, że życie jakby właśnie się zaczynało, że w końcu jestem sobą, żyję w zgodzie z sobą, że na kolanach moich leży głowa śpiącego, świetnego faceta, a życie jest - tak po prostu - banalnie piękne.


Magia chwili?


Dlatego tak sporadycznie zdarzają się takie chwile w moim życiu?

Takie jak ta teraz i ta wczorajszej nocy?


Przecież mogłam iść do oglądającego film Taty. To jemu mogłam się wypłakać w ramię, a On na pewno by mnie wysłuchał, coś doradził.

Ale wiedziałam, że pozostałaby we mnie nadal zwątpienie, niewiara w siebie, we własne siły.

A ja tak bardzo potrzebowałam poczuć się dla kogoś ważna, że kogoś obchodzę, że ktoś odczułby moją obecność bez strofowania, bez wygłaszania sloganowych kazań, bez pouczeń.


Przybiegłeś zaraz po powrocie do domu.

I byłeś.

Siedziałeś przede mną w kącie, obok kominka z dogasającym ogniem, gotów wszystkiego wysłuchać.

Trzęsła mi się broda od powstrzymywanych łez i już wiedziałam, że Tobie nic nie muszę mówić, bo Ty wszystko wiesz.

Wystarczyło Twoje jedno słowo – imię, które jednocześnie było pytaniem i stwierdzeniem.

Przytaknęłam.

Patrzyłam w Twoje oczy, a moje dłonie szukały Twoich, długich, mocnych palców, w które mogłabym schować swoje.

I zamknąłeś moje dłonie w swoich.


Cichutko maleńka – wyszeptałeś
Już dobrze...


Wiesz, chciałabym stać się rzeczywiście taka maleńka, żebyś mógł mnie włożyć do kieszonki koszuli, i żeby mój świat cały zamknięty był przestrzenią tej kieszonki.

Może wówczas moje życie byłoby prostsze?


Od dawna jest tam miejsce dla Ciebie…
Nie w tej kieszonce, ale pod nią, wewnątrz...



Tylko jak już Ją tam włożysz, to nie zapomnij czasem wypuszczać na zakupy i do kuchni – rozległ się głośny śmiech Taty.

Inaczej pomrzemy z głodu...




******************


Jutro rano wyjeżdzam w góry. Nie będzie mnie prawdopodobnie 14 dni.

Dlatego dziś chciałabym wszystkim, tutaj zaglądającym, życzyć szampańskiego Sylwestra.


Weźcie:

Kwartę dobrego humoru,

Kilogram smacznych potraw,

Pół kubka szampana,

Szczyptę optymizmu,

Dziesięć centymetrów uśmiechu,

Cały zapas przyjaciół,

Muzyki ile się zmieści,

Połączcie to wszystko i świętujcie Nowy Rok

Niech petardy zabłysną wysoko na niebie

Niech Nowy Rok szczęściem na Was spłynie

A los niech nigdy nie zostawi Was w potrzebie


Tego życzę Wam z całego serca.



skomentuj (5)

Połączenie przerwane... 2006-12-25 20:57:30

" Są słowa, których się nie mówi,

Słowa, które się tylko czuje,

Słowa zbyt piękne, by je rzec...

Są myśli wielkie jak szaleństwo,

Żądze - jak sen o śmierci - straszne,

I zbyt potężne, by się w czyn zmieniły!"

Z. Herbert


Świąteczny wieczór jaśniejący prostokątami rozświetlonych okien w kolejno mijanych domach. Przed wieloma z nich jaśnieją pozapalane lampki na rosnących w przydomowych ogródkach iglakach. Wiele balustrad balkonowych, przyozdobionych takimi samymi girlandami maleńkich światełek, razi oczy migoczącymi kolorami.

Powoli idę w kierunku kościoła w którym o 19;15 odbędzie się ślub Asi i Marcina.


To kolejne małżeństwo w gronie moich znajomych.

Szalona miłość czy szaleństwo presji otoczenie, by nie być zaliczonym do grona „poszukujących”?


Poznali się w wakacje.

Czy te kilka miesięcy wystarczyło, by naprawdę poznać człowieka z którym spędzi się całe życie?

Czy nie mają żadnych obaw, wątpliwości?

A może rzeczywiście trzeba w życiu ryzykować?


Bezśnieżnie i zimno.

Dziwnie zszarzały te moje Święta Bożego Narodzenia.

Ciągle mam w uszach nasze niedawne pożegnanie na SKYPE - może kiedyś znów się usłyszymy...


Siedziałam przed komputerem, wpatrywałam się w monitor, słyszałam, jak po drugiej stronie łącza klawiatura pracowicie wystukuje kolejne literki i czekałam...


Na co?

Czy liczyłam na to, że pojawią się one na moim monitorze?

Czy czekałam na pewne słowa?

Czy uwierzyłam, że to dzisiejsze popołudnie może przynieść kontynuację wczorajszego wieczoru?

Czy możliwym była realizacja mojego dzisiejszego snu?


Tak.

Uwierzyłam, bo chciałam w to wierzyć.

Chciałam uwierzyć, że nadal jestem ważniejsza niż tamte życzenia przysłane pocztą elektroniczną, na które przecież nie trzeba było natychmiast odpowiadać.

Chciałam usłyszeć – daj znać jak wrócisz z tego ślubu, porozmawiamy...


I nagle dotarło do mnie, ze przecież nic nie znaczę w Twoim życiu, ze jestem tylko konfiguracją bitów po drugiej stronie łącza, nawet nie epizodem, kimś, kto może nawet przeszkadza skupić się nad odpowiedzią na życzenia świąteczne.


Rozłączyłeś połączenie, a ja nadal siedziałam przed monitorem i wpatrywałam się w napis „połączenie przerwane”.

Nawet nie zakończone - po prostu przerwane.


Oleńko, jest za piętnaście siódma, spóźnisz się na ten ślub – z dołu dobiegł głos Taty.

Już schodzę - odkrzyknęłam.


Kliknęłam słoneczko GG, zaznaczyłam w rozwiniętej liście kontaktów imię Piotr a następnie „rozmowa”.

W małym kwadraciku powoli pojawiały się kolejne literki tworzące wiadomość : Przyjdź do mnie, gdy wrócisz z Uniejowa. Jestem tak strasznie samotna. Proszę...


Powoli nacisnęłam „wyślij”.


Trzy linijki tekstu przeskoczyły do górnego okienka a za nimi pojawiła się linia następna:

Potrzebuję Ciebie...




*******

skomentuj (2)

Czas jakby wciągnął życie w płuca i powstrzymał oddech... 2006-12-23 14:40:19

Usiadłam w fotelu z kubkiem gorącej kawy.

Babcia na pewno byłaby zgorszona.

Zawsze uważała, że do jedzenia czy picia są wyznaczone miejsca w domu.


Wybacz Babuniu, ale stąd jakoś lepiej mi popatrzeć na wysprzątany dom.

A ten fotel daje mi namiastkę dzieciństwa, gdy byłam obserwatorem przedświątecznej krzątaniny.


Siedziałam z boku by „nie plątać się pod nogami” i razem z Dziadkiem czyściłam sztućce na wigilijną wieczerzę, a Ty z Mamą panowałyście w kuchni wydając kategorycznym, nie znoszącym jakiegokolwiek sprzeciwu głosem polecenia dla Taty, co ma przynieść, przestawić, jeszcze dokupić.


Z biegiem lat i R. poddał się Waszym rozkazom.

Chętnie przyłączał się do Taty i obaj biegali - niczym słudzy - po całym domu.

Dziwne, ale często trasa ta wiodła przez piwnicę.

Dziadek wiedział dlaczego i spod opuszczonych okularów jego śmiejące się oczy obserwowały całe to zamieszanie.

W piwnicy stała nalewka na wiśniach.
Wiśnie wykorzystywane były do świątecznych wypieków, natomiast nalewka miała być do wieczornej kawy i ciasta, gdy już wszyscy wstawali od wigilijnego stołu.

Myślę, że i Babcia wiedziała o celu tych wypraw, ale udawała w pełni nieświadomą. Przecież i dziadek dzień przed Wigilią rozlewał do karafki nalewkę...


Kuchnia – niepodzielne królestwo kobiet mieszkających w tym domu.

Na blacie leżą dwa makowce niedawno wyjęte z piekarnika, schną rozsypane na stolnicy łazanki, w piekarniku pieką się paszteciki.

Z boku brytfanna z końcówka sernika, który upiekłam wczoraj.

Nie doczeka zapewne Wigilii ani świąt Bożego Narodzenia.

Do domowego łasucha - w osobie Taty -dołączył Piotr. Oj, ten to umie się przymilać...


Ciekawe czy moja polewa na makowcach będzie tak samo smaczna jak Babci?

Ile dodawała cytryny?

Ja zawsze przedobrzam, przesładzam, czegoś dodaje za dużo. Tata mówi, że to co gotuje, niczym się nie rożni od potraw Babci i Mamy, ale ja mam wrażenie, że jednak jest inaczej.


Czyżbym stawała się jak Babcia, która chwalone przez domowników potrawy zawsze kwitowała słowami: oj, ten pasztet nie wyszedł zbyt dobry, oj to ciasto jest za mało wyrośnięte, mięso zbyt suche?

Dziadek wtedy mruczał pod nosem: a woda za mało mokra, cukier niezbyt słodki i wiśniówka za mało promilowa...


Jadalnia.

Tak, jak kiedyś, pośrodku stoi stół. Dzisiaj jest złożony a i tak przytłacza ogromem.


Osiem krzeseł, a przecież tylko dwu domowników.


W świątecznym stroiku, ułożonym na jego środku, odbija się blask zapalonych lampek choinkowych.

Starannie wyprasowany obrus bożonarodzoniowy - z motywem choinek połączonych gwiazdkami, symbolizującymi śnieżynki - wyszydełkowany przez kilkadziesiąt wieczorów, bieleje na blacie. Prasowałam te wykrochmalone drzewka i jak co roku liczyłam je.

Trzysta sześćdziesiąt dziewięć maleńkich obrazków dzierganych palcami Babci i moimi.

Uczyła mnie, jak starannie dociągać oczka, jak równiutko nawijać nitkę na słupki tworzące motyw... i sprawdzała, za każdym razem, gdy zrobiłam to maleńkie drzewko.


Mniejsza serweta z takim samym motywem leży na fortepianie w dużym pokoju – tę wydziergałam już sama.

I kolejny stroik , prawie bliźniaczy z tym na stole.

Tuż obok choinka – prawie taka sama, jak we wszystkie poprzednie lata. Zadomowiła się w tym miejscu i zapewne zawsze już tutaj będzie stała.


Palce przebiegają po klawiaturze nastrojonego niedawno fortepianu.


Gdy śliczna Panna Syna kołysała,
z wielkim weselem tak Jemu śpiewała:
Lili lili laj, moje Dzieciąteczko,
lili lili laj, śliczne Paniąteczko.


Wszystko stworzenie, śpiewaj Panu swemu,
pomóż radości wielkiej sercu memu.
Lili lili laj, wielki Królewicu,
lili lili laj, niebieski Dziedzicu.


Sypcie się z nieba, śliczni Aniołowie,
śpiewajcie Panu, niebiescy duchowie.
Lili lili laj, mój wonny Kwiateczku,
lili lili laj, w ubogim żłóbeczku.


Cicho wietrzyku, cicho południowy,
cicho powiewaj, niech śpi Panicz nowy.
Lili lili laj, mój wdzięczny Synaczku,
lili lili laj, miluchny robaczku.


Śpijże już wdzięcznie, moja perło droga,
niech Ci snu nie rwie żadna przykra trwoga.
Lili lili laj, mój śliczny rubinie,
lili lili laj, póki sen nie minie.



Czas jakby wciągnął życie w płuca i powstrzymał oddech.

Tak niewiele się zmieniło.

Ten sam zapach pastowanego parkietu, świerkowych gałązek, pieczonego ciasta, bigosu, pasztetu, ta sama kolęda, nawet kartki z nutami, oprawione kiedyś przez Dziadka, te same,...


Tylko ulubione miejsca domowników, którzy odeszli na zawsze, dziwnie puste.

Jakby zasnęły snem głębokim w oczekiwaniu...


Czy doczekają się kiedyś Ciebie?

Czy znajdziesz w tym domu swoje ulubione miejsce, które już na zawsze będzie do Ciebie przyporządkowane?




Kliknij, zapraszam...

skomentuj (2)

W powyciąganym swetrze... 2006-12-20 14:35:50

Umówiona jestem na spotkanie w Kaliskiej ze znajomymi Piotra.

To będzie kolacja z szóstką osób, które wraz z nami wyruszą w poświąteczną środę na tygodniowy wypad do Szwajcarii.


Wystroiłam się.

Ubrałam nową czerwona spódnicę i czarną bluzkę. Umyte włosy upięłam do góry dziesiątkami spinek, starannie wytuszowałam rzęsy, podkreśliłam kontur oczu czarna kredką, kształt ust zaznaczyłam szminką a paznokcie pomalowałam bezbarwnym lakierem. Na nogi w czarnych rajstopach założyłam czarne buty na wysokim obcasie, na ramie malutką torebkę z rodzaju tych, do których mieszczą się tylko dokumenty, puderniczka, pomadka i kluczyki.


Stoję przed lustrem i dokładnie lustruję swoje odbicie… i zaczynam się śmiać sama z siebie na wspomnienie piątkowego wieczoru, gdy wybraliśmy się do siłowni.

Siłownia z powodu awarii centralnego ogrzewania była zamknięta i Piotr zadecydował, że skoro już jesteśmy w mieście, to pójdziemy na kolację do knajpy.

I poszłam za Nim, niczym owieczka prowadzona na rzeź, wcale nie do knajpy, tylko do jednej z modniejszych restauracji.

Wkroczyłam w ten świat przyćmionych świateł, bezszelestnych kelnerów, idealnej bieli obrusów, zapachu alkoholu, papierosowego dymu, jazzu.. w adidasach, fabrycznie wystrzępionych spodniach i sweterku.

Dobrze, że chociaż miałam na sobie trochę biżuterii.


Piotr prawdopodobnie doskonale bawił się z powodu mojego zdenerwowania zaistniałą sytuacją, ponieważ zapałał dziwną ochotą pozostania w tej restauracji dłużej – na tzw. tańcach.

Ja niestety – nie.


Siedziałam w tych adidasach i modliłam się, aby nikomu ze znajomych nie przyszedł do głowy pomysł spędzenia wieczoru akurat w tej restauracji.

Niestety, worek ze znajomymi jakby pękł.
Ale pękł również mój zły nastrój.

Bo przecież, nawet najbardziej eleganckie ubranie jest niczym w porównaniu z takim ciepłym, aksamitnym spojrzeniem twojego mężczyzny, bliskością odczuwalną każdym jego gestem, zatrzymaniem wzroku o kilka sekund dłużej, nakryciem dłoni, delikatnym odsunieciem kosmyka włosów, który opadl na policzek, przytuleniem w tańcu.

A Piotr przytulając mnie, wyszeptał:

Nie wyobrażam sobie, jak można Cię nie kochać.
Dla mnie, nawet w powyciąganym swetrze i tych swoich zimowych skarpetach na nogach, jesteś najpiękniejsza…



Mimo wszystko, po tym piątkowym wieczorze jedno sobie obiecałam - adidasy od dzisiaj jeżdżą w bagażniku.



*******

skomentuj (1)

Zwątpienie... 2006-12-17 21:04:14

Życie,
niczym krew z nosa,
kapie szarym bezśniegiem,
zwalnia na krawędzi jezdni...


Wieczornym pacierzem
krzepnie rachunek sumienia.
Niczym bezpański kundel
otrząsam zwątpienia
w Twoje - jestem silny,
nie wolno ingerować
w wolę niebios...


Czy Anioł Stróż
TEŻ był pijany?


***********
Widziałam wypadek.
Nie potrafie jeszcze o nim nic napisac...



( * )

skomentuj (1)

Wiatr... 2006-12-15 02:28:51

Kolejna noc, kiedy śnił mi się wiatr.

Przenikliwy, szarpiący włosy, spódnicą oblepiający nogi, wpychający oddech do płuc, kłujący w policzki tysiącami igieł kaktusa.

I było coś przerażającego w tym wietrze.

Usiłuję sobie przypomnieć co to było, skojarzyć ten wiatr z jakimś zdarzeniem w nim. Męczy mnie to, przewracam się z boku na bok, wybudzam ze snu.

Skąd ten wiatr i gdzie?

Gdzie byłam w tym wietrze?

Nie pamiętam.



Dzisiejszej nocy też wieje. W prostokącie okna, na żółtawym tle zapalonej lampy przy furtce, widzę jak wiatr kiwa wierzchołkiem jodły rosnącej w ogrodzie.


Powoli powracają wspomnienia…


Tamtego wiatru nie pamiętam.

Ale pamiętam noc, gdy sadziliśmy tę jodłę.

Ile już lat minęło?

Siedem.

Pojechałeś z Tatą po bożonarodzeniowe drzewko do nadleśnictwa. Przywieźliście na bagażniku samochodu olbrzymią choinkę i niewysoką jodłę w donicy a ja stwierdziłam, że miejsce tej jodły jest w ogrodzie.

Ziemia była zmarznięta, zgrabiałe od zimna miałam dłonie a jednak oparzył przypadkowy dotyk Twoich.

Wiatr plątał nasze włosy, gdy pochylaliśmy się nad tym drzewkiem.


- Posadziliśmy wspólnie pierwsze drzewo, kiedyś opowiemy o tym naszym dzieciom – powiedziałeś, patrząc mi w oczy.

Wybuduje też dla Ciebie dom...


Pamiętam nasze ciała naprężone jak noc i ręce, ciekawe, zachłanne, głodne...

W letnie noce wiatr pachniał maciejką.

Całowałam Twoje ciało, ucząc się wspinać po kolejnych kształtach miłości.

Wiatr wiedział i czuł prawie wszystko. Twój dreszcz grający w mym ciele, wzrok odbierany oczom w nocy, gdy skóra rąk miała sto źrenic a słowa wdychane do ust, tkały srebrem wiersze i westchnienia.


Pamiętam inny wietrzny dzień.

Wystawiałam twarz do wiatru a on nieudolnie osuszał moje łzy i tłumił krzyk.


Stała z drugiej strony furtki i nie chciała wejść do domu.

To wiatr ciskał Jej słowa prosto w moją twarz.


Nie przyjedzie na Wigilię.

Nie czekaj.

Jedziemy do Austrii na narty.



Domyślałam się, że w Twoim życiu jest inna kobieta. Po pierwszej zdradzie już nigdy nie potrafiłam Ci zaufać.


Podczas tamtej wieczerzy zabrakło dwu bliskich osób.

Nie potrafiłam płakać.

Wiatr tłukł w okno zamarzniętą rozpaczą po Mamie, jękiem rozbijał szyby Twojego egoizmu.

Pobladło południowe słońce, oniemiał świat, nie poznawałam siebie ani Taty.


Leżę na łożku i patrzę w okno.

Zapalona nad bramą lampa, jest jak księżyc w pełni.


Tegoroczna zima w Tatrach.

Śnieg na zboczach skrzył się w blasku księżyca i gwiazd.

Inny mężczyzna – szarooki.

Tamtej nocy dzieliłeś dla mnie księżyc.

Stałeś za mną i osłaniałeś przed wiejącym wiatrem. Rozpiąłeś kurtkę i otuliłeś mnie jej połami, niczym skrzydłami śnieżnego anioła. Liczyliśmy wagony pociągu wjeżdżającego na dworzec w Zakopanem.


To był zwykły żart - nieparzysta liczba miała oznaczać pocałunek.

Nasz pierwszy.

Wtedy powstał w mojej głowie perfidny plan liczenia lokomotywy tak, aby liczba ta rzeczywiście była nieparzystą.

Dziwnie ciepły wiatr podrywał śnieżny pył i utrudniał liczenie.


- Konwaliami i poziomkami pachną Twoje usta – szeptałeś.


Ciepły wiosenny wiatr we Włoszech, niosący wieści od innego mężczyzny.

Wiatr ochładzał moje rozpalone policzki, gdy biegłam do kafejki internetowej, aby chociaż kilka Jego słów przeczytać.

Marzył ze mną, spacerując ulicami Rzymu, pieścił twarz, włosy, ramiona.

Był muśnięciami motyla.

Potrącał skrzydłem ciszę, ptaki, owady.

Nocami przemieniał się w wirtuoza pieśni słowiczych przy lekkim akompaniamencie drzew, sprawiał, że każda noc była za mała.


- Posłuchaj, to słowik śpiewa w tui – szeptałam o brzasku.


- Posłuchaj, to śpiewają budzące się ptaki za moim oknem– odpowiadałeś.


Był też wiatr sypiący iskrami z dopalającej się altany, jesienny, piekący, łzawy. Odrywał kolejne warstwy z mojego życia, rozliczał piskiem gryzonia grzebanego w popiele, zgarniał zwiędłe liście dzieląc na dobro i zło.

W zadumie pytał:

Co wiesz?

No i co wiesz o Tym, co ci zaufał w chwilach trwogi?

O Tym, który czeka nawet na fałszywy blask miłości?

Chichotał:

Świętuj własną urodę.

W śnie.

Gdy On, jak pies zlizuje rany godzin zwieńczonych ciałospaleniem.


***************


Dzisiejszy wiatr nie targa mną, jak gazetą po pustych ulicach.

Wyśpiewał potrzebę pisania, ciągnąc za ręce, wyrywając ze snu.


Dziś ja jestem jak wiatr.

Obok Ciebie w wieczornym chłodzie.

Ustami wiatru Twoje dotykam, milczeniem nocy, tęsknotą.

Jak wiatr pieszczę twarz i parzę usta.

Poczuj.

Posłuchaj.

Zobacz.

Jestem jak skrzydła synogarlic z naszyjnikiem gwiazd i zapachem ciała we śnie.

Rozrzucam włosy i zapraszam do tańca.

Delikatnie i porwiście.

Rysuję biodra i talię.

Czynię czystość nocy i świt nieba, gdy mówię:

To Ty, wplotłeś mi we włosy nitkę babiego lata, zostawiłeś na rzęsach krople rosy, utopiłeś w mych oczach szmaragd morza.

Pokazałeś jak czas odmierza miłość.

Uchyliłeś rąbek tajemnicy nieba i nauczyłeś, że do szczęścia nie potrzeba nic więcej, bo właśnie ukradliśmy coś życiu.



skomentuj (3)

Szept... 2006-12-12 21:50:47




Noc inna niż wszystkie,

szeptana dreszczem,

mrowieniem, niedosytem...


Wyszeptać Ciebie.


Wreszcie...


Upić się jak jazzem

zapachem, dotykiem,

językiem, wargami...


Gęsia skórka pod palcami.


Jeszcze...



( ***** )

skomentuj (3)

(Nie)Wczesna jesień 2006-12-12 10:13:13

Tęsknię do tamtych chwil

Gdy ty i ja i stół

Na stole kawy dwie

W nich cukru ziarnka dwa


I wczesna jesień


Tęsknię do tamtych chwil

Gdy twe słowa starczały za chleb

A o uśmiech gdy dookoła ból

Przyprawiał nas ciepły koc


("Wczesna jesień" sł. K. Nosowska)



( ***** )

skomentuj (0)

Zatrzymam czas... 2006-12-10 00:09:22

Stęskniłem się za Tobą.


To drugi raz, jak mi to napisałeś dzisiaj. Chyba uwiecznię to w notce na blogu.


Napisz.

Ale napisz też: dziękuję Ci za to, że jesteś, bo to właśnie Ty nauczyłaś mnie kochać.

Może złamię swoją obietnicę i dodam komentarz?



Brakuje mi Twoich komentarzy.

Wiesz, cieszę się, że zrobiłam to formatowanie dysku i nie mam jeszcze podłączonego SKYPA ani kamerki. Dzięki temu będę miała zapis naszej rozmowy.

Chociaż z drugiej strony żal tego, co miałam na komputerze.


****************


Dzisiejszego wieczoru powiedział, że tęskni, że odlicza godziny, minuty, sekundy tych sześciu dni i siedmiu nocy, które pozostały do Jego powrotu.

Wtedy poczułam coś dziwnego...

Nie da się tego opisać.

Tego cudownego ukłucia w okolicach serca. Poczułam się taka szczęśliwa, wiedząc, że jednak jestem Mu potrzebna, że zaistniałam kiedyś w Jego życiu i jestem tam nadal.

I chociaż cisza znowu gra stukaniem deszczu o parapet okienny - wtórując moim smutkom, bo też tęsknię - to jestem szczęśliwa.


Strasznie za Nim tęsknię.

On chyba nawet nie wie jak bardzo...

Po tym niespodziewanym przyjeździe na te trzy dni, które i tak musiałam dzielić z Jego Mamą, jest mi trudniej niż dwa miesiące temu.


Trzy dni.

I te kilkanaście godzin z nich wyrwane.

Ile ich było?

Niecałe czternaście.

Zegar tykał jak szalony... coraz prędzej i prędzej... i czasu tak bardzo brakowało...

A tak bardzo chciałam ten czas zatrzymać...


*******


Zatrzymam czas


Odnajdując siebie w nieskończoności

spadam wszechświatem

w głodną dłoń. Zdobywam wszystko.


Chwilą gwiazdy zaprzęgam

w drogę marzeń. Zatapiam smutki,

krzyczący wiatr, ciszę wieczorów.


Pozbieram słowa i dłoni wianek splotę.

w księżyc i gwiazdy. Twoje imię ułożę

początkiem i zakończeniem tęsknoty.



Tylko nie ściągaj mnie na ziemię.


(tęsknię)

skomentuj (0)

A to „co najmniej” robi tę istotną różnicę… 2006-12-08 13:13:13

Chyba nie ma nic piękniejszego, aniżeli słowa „jesteś dobrym człowiekiem” usłyszane od całkiem obcej osoby, z którą spotkaliśmy się przypadkiem.


Właśnie to usłyszałam…

Wzruszyłam się…


I świat nagle jakby rozświetlił się uśmiechem kobiety, która bardzo starannie wymyła wszystkie okna w moim domu.

A ja jakbym też zajaśniała w odbiciu tego uśmiechu.


Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie połechtało to mile moje ego, że mi nie zależy na tym, aby być postrzeganym dobrze.

Może jestem próżna?

Ale czasami są w życiu takie chwile, że moje drogi krzyżują się z drogami innych ludzi. Niekiedy są to znajomi, czasami zaś zupełnie obce osoby.

Moje wścibstwo sprawia, że pytam, a przez to problemy i tragedie tych osób stają się - w jakimś małym ułamku - jakby moimi.

Bywają też sytuacje, że osoby te dzielą się ze mną swoim szczęściem, z osiągnięcia tego o czym marzyli.

Wtedy słuchając ich, mam wrażenie, jakby i mi wyrastały skrzydła.

Może to nic szczególnego, może miliony osób tak ma?


Ale jedno w tych radościach jest piękne – światło, które bije od tych osób odbija się również ode mnie. I czuję, że świecę tym blaskiem.

Powtórzę tutaj to, co wszyscy znają: problemy, kłopoty, bezsilność, podzielone na dwie osoby ważą o połowę mniej, a radość i szczęście - co najmniej dwukrotnie więcej.


A to „co najmniej” robi tę istotną różnicę…

skomentuj (7)

I tak jakoś Puchatkowo zrobiło się... 2006-12-06 20:32:23

Wraz ze zmrokiem wróciłam do domu.

Zapalone lampki na trzech świerkach rosnących w ogrodzie, które wczoraj ustroiłam, przywołały kilka chwil zadumy, refleksji.


Bo grudzień to taki magiczny miesiąc: poranne ciemności, świat spowity jakby ciągłą nocą, ale światła, światła wszędzie...

I mimo tego, że zawsze w domu moich Dziadków i Rodziców grudzień był - przede wszystkim - miesiącem na przygotowanie bardziej wewnętrzne do świąt Bożego Narodzenia, to ja już doświadczyłam świateł, gwaru, nastroju, zapachów, kolorów i innych szaleństw czasu grudniowego.

No ale przecież te okna, firanki, porządki, obrządki, to wszystko tworzy też atmosferę przygotowań do tych szczególnych dni.

Postanowiłam, że nie będę, jak zazwyczaj, odkładać wszystkiego na potem i że jakoś poukładam siebie w sobie.

Tym sposobem znaczna część prezentów czeka już tylko na opakowanie.


I jednego jestem pewna - z tym wyprzedzewniem nie tylko ja, ale świat zwariował.

Ledwo wkroczyliśmy w listopad, przyrodzie się pomyliło z opadami nie tego co trzeba, a teraz jakby wiosna wciąż czaiła się za rogiem.

We wrześniu do czipsów wrzucili hallowennowe tatuaże, w listopadzie ulice zaroiły się od Mikołajów. Tuż przed świętami pewnie będziemy mogli zastanawiać się co i komu podarować na, wlazłe do nas tylnymi drzwiami, Walentynki.

W lutym zapewne wielu już będzie pakowało walizki w celu wybycia na majowy weekend, a w czerwcu wyprawki dla pierwszoklasistów będą krzyczały do nas gamą barw i kształtów z ekranów telewizorów, okładek czasopism, witryn sklepowych.

Pędzimy, pędzimy, pędzimy... i coraz częściej mam wrażenie, że chce się nam na siłę czas jeszcze bardziej przyspieszać.


Tak sobie myślę, że coś tu chyba jest nie tak.

Grudzień to również czas adwentu.

Wiem, że powinnam stanąć z boku tego wszystkiego, spojrzeć oczami Dziadków, dostrzec tylko to, co dla mnie ważne, że to moje oczekiwanie na maleńki cud, wcale nie musi czynić ze mnie nerwusa biegającego po domu ze ściereczkami do kurzu lub płynami do mycia okien.

Ten Najważniejszy narodził się w skromnej stajence, a stali obok Niego najprościej uśmiechnięci pastuszkowie.

Niech zatem będzie zwyczajnie, cicho i spokojnie, bez obaw, że z czymś nie zdążę, kogoś nie zadowolę, zapomnę czegoś kupić i postawić na stole.

Nie wiem czy dobrze robię, ale wewnętrznie czuję, że tego mi potrzeba.


A prezenty?

Myślę, że to kwestia podejścia.

Nie musi być to coś wielkiego, niewyobrażalnego, aby sprawiło radość.

I naprawdę nie jest ważne ile się wyda na prezent.

Najważniejszym jest dobry pomysł, może poznanie marzeń najbliższych?

A te marzenia, wbrew pozorom, są czasem całkiem przyziemne.


Chłopcy Kingi podpytani o to, co chcieliby otrzymać w prezencie, odpowiedzieli – siedmiokolorowe długopisy.

I myślę, że te prozaiczne długopisy ucieszą ich bardziej niż super błyszczące, zdalnie sterowane samochody.

Dokupiłam Im jeszcze po klaserze na znaczki i okazjonalnie - na allegro - stary zbiór znaczków, gromadzony latami przez kogoś innego.

Poczekam na Tatę i pójdziemy do Tych urwisów z naszym Mikołajem, wiedząc, że pięknymi i prawdziwie szczęśliwymi będą Ich dziecięce wzruszenia.


Bo to dziś Mikołajki, a postać Świętego Mikołaja ma w sobie taki potencjał dobra i miłości, że każdy z nas może się czasem w niego zamienić, aby czerpać z jego życiowej postawy to co było prawdziwie świętym.


Zapatrzyłam się na te zapalone lampki za oknem i przypomniały mi się moje dzisiejsze Mikołajki.

Wracałam zmęczona po zajęciach obok domu Piotra a Jego Mama zaprosiła mnie na ciepły obiad.

I tak jakoś Puchatkowo zrobiło się na świecie, bo:


"...kiedy się tak chodzi na zimnie i wietrze i nagle się wejdzie do czyjegoś domu, i tam ktoś powie: 'Jak się masz, Puchatku! Właśnie przychodzisz w samą porę, żeby zakąsić jakieś małe Conieco, i zakąsza się jakieś małe Conieco, to jest to coś, co nazywa się Miłym Dzionkiem."


A wieczorem czekać będę na śpiew albo szept szarookiego Anioła.

I jestem pewna, że usłyszę.



skomentuj (0)

Chciałem się tylko upewnić czy jesteś... 2006-12-03 16:02:34

Kolejna rozsłoneczniona niedziela powitała mnie jasną pomarańczą zaglądającą w kuchenne okno.

Paruje aromatem kawa, a ja śmieję się na wspomnienie wczorajszej rozmowy telefonicznej z Tatą. Pojechał na zakupy - he, he...zapewne po jakieś prezenciki Mikołajkowe.

Przypomniało mi się, że właśnie "wyszła" kawa, więc dzwonię do Niego i mówię: kup kawę Sati czekoladową, jak gdzieś spotkasz.

A Tata pyta: jaką?

Więc ja: czekoladową.

A On się na to śmiać zaczyna.

Myślę sobie, kurcze, co ja śmiesznego powiedziałam?

A On po chwili: No bo ja nigdy nie słyszałem o czekoladowej sake i zastanawiałem się, w którym sklepie ją widziałaś.

I oczywiście nie kupił, bo była tylko waniliowa, a ja przecież takiej nie chciałam. Zaopatrzył dom w dużą pakę Ricore, bo - jak powiedział Mu sprzedawca - lajtowa taka i bardzo dobra.


Patrzę w to słońce w kwadracie okiennym i uświadamiam sobie, że to już grudzień.

Magiczny to miesiąc a zarazem dziwny.

Niby radosny, bo to w grudniu narodził się Jezus, choinka, prezenty, radość świąt, spotkania z bliskimi, pojednanie z tymi, którzy nieco zboczyli z drogi.

A z drugiej strony grudzień to koniec roku.

Koniec jest zawsze końcem, czasem refleksji, podsumowań i... obaw przed nowym, ponieważ zawsze koniec jest końcem ale jest i początkiem.


I w grudniu jest jeszcze Sylwester.


Otwieram strone swojego bloga na wpisie Trzy godziny i dziesięć minut poziomkowej bajki... i czytam jego fragment:


Pachniesz poziomkami... Jego słowa parzą mnie w czoło.

Przeciskałem się tutaj przez ten tłum, by o północy być obok Ciebie...

Może to jedyna tylko możliwość, żeby...
Od dawna chciałem Ciebie poznać...


Depcząc po stopach jakąś osobę z tyłu, odsuwam się.


Dochodzi północ.

Zaczynamy wielotysięczne odliczenie czasu, który umownie oddziela to, co było, od tego co nadchodzi.

Dziesięć, dziewięć, osiem...

Jeszcze kilka sekund i na niebie rozbłyskują feerie kolorowych gwiazd.

Zewsząd dobiegają życzenia, śmiech, okrzyki. Wypowiadam standardowe formułki, całusy oddawane gdzieś obok policzka, czasami zupełnie obcej osoby, stojącej tuż obok. Tłum, niczym w tyglu, miesza się.


Dlaczego Go nie ma?

Rozglądam się wokół. Jest. Stoi obok Michała. Dostrzega mój wzrok i widzę, że usmiecha sie do mnie.


Nareszcie!!!

Czuję jak silne dłonie obejmują mnie w pasie i unoszą w górę.

Niczym na zwolnionym filmie, przesuwa się przed moimi oczami kolejno kadr z brodą, ustami, nosem, oczami.


Szczęśliwego Nowego Roku mówię odruchowo.

Dla mnie już jest szczęśliwy...

Chcę podzielić się z Tobą moim szczęściem...

Chcę Ci je dawać...

Od dawna...


Czuję narastające zażenowanie i onieśmielenie.

Dlaczego tak mi się przyglądasz?

Mam cos na twarzy?

Popatrz jakie piękne sztuczne ognie na niebie...


Nad nami...

Dla nas...

To Ty jesteś piękna...

Nie sądziłem, że aż tak...

Zarumieniłaś się...

Niepotrzebnie...



Niedługo minie rok od tamtej nocy.

Jesteś.

Dziękuję Ci za to... i za to, że bez słowa powróciłeś na te kilka chwil, gdy nie potrafiłam poradzić sobie z tęsknotą.


I nagle tak bardzo zapragnęłam chociaż Twój głos usłyszeć.

Wystukuję numer, który znam już na pamięć i mówię Ci fragment tekstu z książki, którą czytałam wczoraj chłopcom Kingi:


Prosiaczek wspiął się na paluszkach i szepnął:

- Puchatku!
- Tak, Prosiaczku?

- Nic - rzekł Prosiaczek biorąc Puchatka za łapkę

- chciałem się tylko upewnić czy jesteś..."




( ***** )

skomentuj (3)

Dworcowy bufet... 2006-11-30 22:20:39

Do dwudziestu minut oczekiwania na przyjazd pospiesznego z Warszawy, mgła dorzuca kolejnych trzydzieści.

Za długo, by czekać na peronie, za krótko, żeby pójść do miasta.

Zresztą zapadająca noc nie zachęca do spaceru.

Pozostaje zatem poczekalnia dworcowa albo bufet.


Ciężki zaduch dworcowego bufetu.

Zapach oczekiwania, zawieszenia, zdenerwowania i straconych szans. Kwaśno-słodki, zimny pożegnaniami, rozstaniami, łzami...

Nigdy się go nie zapomina.


Dzisiaj znów go poczułam.


Proszę, kochana – głos bufetowej zawisł nad filiżanką małej czarnej.

Zabawne.

Przecież mnie nie zna.

A może do wszystkich tak mówi?


Stolik pod oknem przy którym siedzi starszy mężczyzna. Je kanapkę.

Podchodzę powoli, odsuwam krzesło, pytając wzrokiem – czy mogę?

Oczy mężczyzny pokazują coś, co mogę uznać za „proszę”.

Stawiam kawę i siadam.


Prawie godzina czekania na przyjazd Taty.

Martwy czas.

Zatrzymane w pół kroku życie.

Dlaczego nie potrafię czekać? Za bardzo jestem nastawiona na bieg, za bardzo mnie pochłania.


Rozglądam się leniwie.

Na chwilę mój wzrok przykuwa jakiś śpiący bezdomny. Brudny, okrutnie zarośnięty ale nie budzi we mnie odrazy.

Cóż – życie...


Para wchodząca do bufetu.

Bardzo wysoki chłopak i niska dziewczyna. Różnica wzrostu przynajmniej 30 centymetrów. Dlatego ona zadziera głowę mówiąc coś, a on pochyla się.

Moją uwagę przykuwają jej oczy - ufnie zapatrzone w niego, wpatrzone w skupieniu, pełne oddania, czułości.

Pełgające ogniki szczęścia...

Wygląda tak, jakby tymi oczyma chciała wskoczyć do jego środka.

Cała.

Chłopak patrzy na nią z mocą, jakby chciał ją zahipnotyzować.

Pochyla się jeszcze bardziej i całuje czubek jej nosa, a następnie usta.

Miękki pocałunek, taki, jakie potrafią sobie dać ludzie, kiedy zgadzają się na siebie.

Nie namiętność.

Pocałunki to taki papierek lakmusowy relacji.

Niekoniecznie muszą padać słowa. Gesty mówią czasami o wiele więcej.


Trzaskające zazwyczaj drzwi zamykają się - tym razem - bez najmniejszego szelestu.

Do baru wchodzi niewysoki mężczyzna. Podchodzi do stołu, przy którym siedzi rozbawione i głośne towarzystwo.

Nagle ucichło.

Przyjaciele? Znajomi?

Mężczyzna stoi przy tym stoliku i też milczy. Ktoś w końcu zauważa jego obecność i robi mu miejsce. Siada.

Przez kilka chwil wszyscy wpatrują się w twarz tego milczącego.

Zniecierpliwieni oczekiwaniem wracają do rozmowy...


Niesmaczna ta dworcowa kawa, lekko kwaśna. I chyba w tym cały jej urok.


Mężczyzna czytający gazetę.

Monosylabami coś odpowiada na pytania siedzącej - tuż obok - kobiety.

Jej oczy bacznie obserwują dziecko, bawiące się ze strasznie wychudzonym psem.

Dworcowy kundel?

Przecież może roznosić zarazki dziesiątek chorób!

Kobieta wstaje i podchodzi do bufetu.

Co zrobi?


Kątem oka dostrzegam jakiś ruch. Do stolika ktoś podchodzi.

Chyba to ten bezdomny.

Nie pomyliłam się.

Wyciąga wychudzoną dłoń w moim kierunku, prosząc o jakiś datek.

Mam lepszy pomysł - mówię i idę do bufetu po talerz gorącej zupy.
Stawiam talerz na stoliku, oczami prosząc, by usiadł na moim miejscu.


Odwracam się i idę w stronę drzwi.


- Zaczekaj – słyszę cichy głos.


Nie, nie chcę zawierania znajomości, nie chcę rozmów. Nie dziś.


Odwracam się i staję twarzą w twarz z mężczyzną, do którego się przysiadłam.


- Zaczekaj – ja Ciebie chyba znam. Widziałem Ciebie latem w szpitalu. Siedziałaś tam całe noce.

Ja też siedziałem w sali obok... i czekałem na śmierć mojego Ojca.


I już wiedziałam, że zaczekam...


Widziałem, że Twój ojciec wychodził ze szpitala.

Ja mojego zabrałem do hospicjum.

Niedawno Go pochowałem.

Nikt z dawnych przyjaciół ani znajomych, nie przyszedł na pogrzeb.

Kiedyś działał w Solidarności.

Obracał się wśród ludzi, którzy później usadowili się w świecie biznesu i władzy, wyznaczali nową, słuszną drogę.

Czasami w monitorze poczekalni dworcowej obserwował dziwnie bielejącą równość ich uśmiechu, świetnie skrojone garnitury i nienagannie wywiązane krawaty.

Czytali już wtedy tylko własne książeczki czekowe.


Niekiedy wymijali Jego dworcową ławkę, pomiędzy „delegacyjnym” z Warszawy a oczekującym na parkingu samochodem.

Teraz już nie podróżują pospiesznym.

Spotykał ich też na ulicy.

Prosił by dorzucili się na bełta.

Powinni się od niego odwrócić, ale nikt mu nie odmawiał. Dawali pieniądze, jakby coś spłacali, jakby w ten sposób spłacali jakiś dług.

A może w ten sposób uciszali wyrzuty sumienia?

Bo przecież oni poszli w górę, wspinali się na kolejne szczeble, coś zyskali, coś pogubili a On pozostał w miejscu - nie nadążał za nimi, za tym młodym, drapieżnym kapitalizmem.

Być może wypalił się wewnątrz we wcześniejszych latach?

A może zabrakło celu walki?

Bo z kim miał walczyć?


Jak byłem w piątej klasie, po kolejnej awanturze w domu, gdy matka - chyba po raz setny - zarzuciła Mu nieudacznictwo życiowe, wyjechał w Bieszczady. Do pierwszych przymrozków wypalał tam węgiel drzewny.

Wrócił na Wszystkich Świętych.

Zapakował do walizki piętnaście lat życia, ucałował mnie na pożegnanie i uścisnął dłoń przyjacielowi, który zajął Jego miejsce.

Zamieszkał z bratem w wynajmowanej kawalerce.

Pił.

O rozwodzie, który orzeczono bez Jego udziału, dowiedział się ode mnie kilka lat później.

Wtedy chyba miał okres trzeźwości.
Podszedł do mnie na podwórku, a ja wykrzyczałem, że nie jest już moim ojcem, tylko pijakiem, że się Go wstydzę i nie chcę już nigdy na oczy widzieć.


Którejś zimy zamieszkał w poczekalni dworcowej, a z czasem dworzec stał się Jego domem.

W czasie mrozów zabrali Go do św. Alberta.

To Oni mnie odnaleźli latem.


Wiesz czego najbardziej mi żal?


Wiem. Że czasu nie da się cofnąć.



**********


Obiecałam ten wpis mężczyźnie, do którego dosiadłam się w dworcowym bufecie.



( ****** )

skomentuj (0)

Mgielnia oferta... 2006-11-28 22:59:01

Mgła rozpostarła swój muślinowy oddech nad ogrodem, otuliła krzak róży, rozmyła w zaokiennym kadrze zarys smukłego pędu.

Od dwu dni świat - w tej mgle - stał się bajkowym, tajemniczym, bezwymiarowym.


Pomrukuje ekspres do kawy, napełniając swoje wnętrze kolejnymi barami syczenia.

Cicho sączy się śpiew Katarzyny Groniec z płyty Metro:


Sens niemówionych słów,
Dżwięk niezagranych nut,
Blask niezapalonych jeszcze lamp.
Nie mów nic, czy słyszysz mnie w zamęcie wokół nas?

Dźwięk niezagranych nut.
Sens niewyznanych słów.
W mrok, w tunel miłości ze mną wejdź.
Nie mów nic, na strunach szyn orkiestra może grać.



Rozśpiewało się to moje życie, rozwirowało, roztańczyło.Szczęściem wymościłam pajęczyny tęsknot.


Myśli przycupnęły na parapecie i śmieją się do tej perłowości za oknem.


Daremnie staram się je uporządkować - rozbiegane, wesołe, pędzą gdzieś w przestrzeń, i po chwili rozpromienione wracają, by odnaleźć w pamięci Twój obraz, słowa, gesty.


Kolejny raz czytam wczorajszy sms od Ciebie, z "tuż przed zaśnięciem", po otrzymaniu którego musiałam zadzwonić:


Bladze wsrod rozpalajacych sie gwiazd.
O Tobie im opowiadam. O kobiecie, ktora tesknote przywoluje i serce wypelnia. I o Twojej czulosci, co swiat usmiechem slonca zdobi.

Niebu o Nas opowiadam.

Tylko pokochaj mnie....

Wiem, ze to tak bardzo wiele...



Tej nocy wyszeptałeś:
Kiedy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca".


Nie jestem smutna.

Radością kocham

pożogę słonecznych zachodów

i bezdenny atrament snu,

w którym noc topi gwiazdy...

Kocham błękity przebudzeń,

deszczową szarość

i tę dzisiejszą mgielność.


I kocham księżyc wniebowzięty,

który ma dwoje ust

całującoszepczących,

i czworo oczu

zewsządpatrzących,

i jedno miękkie ucho

wybrokatowane.


Wtulam się w ucho księżyca,

powtarzam zaklęcia,

i liczę na gwiazdach: zechce - nie zechce.

Wymykają się gwiazdy palcom,

fruwają w aksamitności,

tłuką skrzydłami niepewność...


I już wiem.

Pasjans życia odkrywa karty

miodnym wynikiem.

Już umiem oddychać myślami,

by zagościć w „nie odrobinę”

wspomnieniami,

pocałunkami wspomnień

pięknych słów.

Muzyką,

błogością czekolady,

by nut, dźwięków nazbierać

całe kieszenie

i od dzisiaj

nucić,

grać,

śpiewać,

superatą natchnienia.


Dziś

mogłabym wydziergać

z tych słów wiersz

i podarować go komuś

- na mikołajki

albo pod choinkę.


Wiersz

wyłącznie do osobistego użytku.

Bardzo.

Niewymownie.

Nie do uwierzenia.

To komu wiersz?

Komu?



skomentuj (1)

I te noce szalone... 2006-11-27 01:09:14



Jest dzisiaj we mnie muzyka,
drżącą ciszą wyśpiewana,

muślinami rzęs okryta,
słonością tęsknot szeptana.


Rozdzwoniło się wspomnienie
- kątem oka uchwycone,

rozśpiewanym moje niebo,
szczęśliwością rozmajone...


Bo wczorajsze zachody,
bo dzisiaj roztęsknione,
bo jutrzejsze poranki,
i te noce szalone...


Znów całuję wiatr uśmiechem,
gwiazdy pieszczę wspomnieniami,

chwytam w dłonie promień słońca,
tkam warkocze tęcz nad nami.


I choć tęcza siedmiobarwna
- wiotką panną bladolicą,

Jej pomosty połączone
w szał taneczny nas pochwycą...


Bo wczorajsze zachody,
bo dzisiaj roztęsknione,
bo jutrzejsze poranki,
i te noce szalone...


Zgarniaj z niebios myśli moje,
korowodem wirujące.

The Sweets of May. The Waves of Tory
- miodną jesień wciąż tańczące.


A gdy zwolni kontredansem,
serca śpiewne kołatanie,

utul w tangu, w rozkochaniu...
Lecz soul duszy wciąż zostanie...


Bo wczorajsze zachody,
bo dzisiaj roztęsknione,
bo jutrzejsze poranki,
i te noce szalone...




skomentuj (2)

Świat świątecznych iluminacji... 2006-11-25 18:50:08

Rozsłoneczniony sobotni poranek. Krążę wzdłuż szpalerów samochodów, stojących w równych szeregach - niczym karni żołnierze - na parkingu przed jednym z centrów handlowych.

Kolorowe ozdoby choinkowe, muzyka rozbrzmiewająca z głośników, dekoracje, wystrój poszczególnych stoisk – wszystko wprost krzyczy o zbliżających się świętach.


Amok zakupów już się rozpoczął.

Co w nas jest takiego, że połowa mieszkańców miasta spotyka się w supermarketach?

Dookoła tłum z dziwnym błyskiem w oczach – może to refleks świątecznych iluminacji?

Panienki widzące świat tylko w beżach, brązach i złotym, obładowane marchewką i grejpfrutami, matki z dziećmi oblegające stoiska, całe rodziny gawędzące wesoło w przejściach pomiędzy regałami, nie zdające sobie sprawy z jak chudym portfelem stąd wyjdą.

Wciąż słyszę chichoty, rozpaczliwe tupanie dziecięcych nóżek, wrzaski rozmowy, skrzyp kółek od wózków, szum odkurzacza, muzykę.


A nad tym wszystkim królujący szelest, szelest, szelest banknotów i podzwanianie drobnych.

To choroba, która toczy nasz perfekcyjny świat. Rak, z którym nie poradzimy sobie, póki będziemy istnieć.

Kapitalizm zrobił z nas marketingowe zombie.


Obie z Moniką postanowiłyśmy zapanować nad dzisiejszym szaleństwem kupowania nieprzydatnych „rzeczy koniecznych”.

Najprostszym rozwiązaniem było sporządzenie listy artykułów niezbędnych, ich pobieżna wycena i zabranie tylko takiej kwoty pieniędzy, jaka stanowiła podsumowanie ich wartości.

Nawet dodatkowy fundusz, na upominki mikołajkowe dla chłopców Kingi, pozostał w domu.


Poskutkowało, a raczej poskutkowała wzajemna dyscyplina sprawdzania tego, co każda z nas wkłada do koszyka.

Faktem jest, że nasza przyjaźń kilkakrotnie wystawiana była na próbę przy stoisku z kosmetykami czy sweterkami z najnowszych kolekcji.


- Kupisz po świętach albo obejdziesz się bez tego tuszu - odpowiadam na błagalne spojrzenie Moniki.


Nie była mi dłużna...

- Macaj, dotykaj, oglądaj...
- Przecież kochasz to robić...
- I odłóż to, bo nie wolno Ci tego kupić...



Jako nieliczne stoimy w kolejce do kasy, przyjmującej należność za zakupy do dziesięciu produktów, a koszyk i tak jest zapełniony.


************


- Pomogę to zapakować do bagażnika – rzucił krótko może dziesięcioletni chłopiec.

Szczuplutki, prawie widać poszczególne kości obciągnięte skórą. Silniejszy wiatr chyba by go przewrócił.

Dresowe spodnie ledwie sięgają do kostek. Na nogach przykrótkie skarpetki pokazują gołe ciało. Kurtka wisi na nim niczym na wieszaku, jakby należała do starszego brata.


- Nie trzeba, damy sobie radę.


Ale malec nie ustępuje, chwyta dziesięciokilogramowe opakowanie cukru, pod którego ciężarem aż ugięły mu się nogi i ostrożnie wkłada je do bagażnika.
Kolejne zakupy zniknęły wewnątrz samochodu, ale chłopiec nadal stoi przy aucie.


- Mogę odprowadzić wózek? Wezmę tę złotówkę za pomoc.


- Zaczekaj. Dlaczego tu przychodzisz?


- W domu bieda - mówi niemal szeptem malec, spuszczając oczy w ziemię.

- Ojciec ma raka, a matkę zwolnili przed wakacjami z pracy. Sprząta po ludziach, ale i tak brakuje pieniędzy.

- Ja muszę tu przychodzić
– nagle głos chłopca dziwnie załamuje się, a po policzkach szybciutko spływają dwie łzy. Po nich następne, rozmazane w połowie drogi wierzchem drobnej dłoni.


- Była Pani kiedy przez dwa dni bez żadnego jedzenia? – widzę, jak drobne ramiona drżą powstrzymywanym szlochem.


- Byłem głodny, więc przyszedłem pod sklep. Tu zawsze dużo ludzi robi zakupy. Do każdego nie podchodzę. Jak ktoś wychodzi z małą siatką, to wiadomo, że zakupów zrobił niewiele i mi nic nie da. Ale jak ktoś wyjeżdża z pełnym wózkiem to wiem, że ma pieniądze. Czasami ludzie dają jakiś grosz. Raz jeden pan aż pięć złotych. Inni, jeśli w ogóle dają, to najwyżej złotówkę. Jak uzbieram trzy lub cztery złote to robię zakupy i wracam do domu.


- A co na to mama?


- Mama wie, że tak robię. Na początku płakała a ojciec nawet dał mi lanie. Teraz leży w szpitalu.


- Gdzie mieszkasz? Daleko?


- Nie. Trzy przystanki tramwajem. Wie Pani, gdzie jest ulica N?


- Wiem. To w moja stronę. A czy Twoja mama myje okna?


- Pewnie. Wszystko potrafi.


- Macie w domu telefon?


- Nie. Ale sąsiadka ma.


Malec skrupulatnie przygląda się jak zapisuję numer swojego telefonu, po czym starannie chowa karteczkę do wewnętrznej kieszeni kurtki.


- Dziękuję – mówi do jabłka, które wyciera o bok kurtki i już z pełnymi ustami pyta – a dzisiaj można zadzwonić?



************


Wiesz, miałam tę kremową bluzkę kupić sobie w przyszłym tygodniu – cichy głos Moniki odbija się od bocznej szyby – ale dziwnie jakoś zszarzała.

I jakoś mniej kolorowy stał się ten świat.

Może dlatego, że niebo się zachmurzyło?



skomentuj (1)

Kamienne Niebo... 2006-11-24 22:52:27

Życie człowieka to droga.

I tak jak ona ma swój początek – punkt wyjścia, ma również swój koniec – cel ku któremu zmierzamy.


Od chwili narodzin wkraczamy w tę podróż – raczkując, podnosząc się na kolana, niepewnie stając i stawiając nieporadne, pierwsze kroki.

Rozpoczynamy naszą wędrówkę przytrzymując się mebli, chwytając za palec wyciągniętej ku nam pomocnej dłoni. Z czasem kroki nasze stają się coraz pewniejsze, szybsze.

Rozpoczynamy swój marsz, który później zmienia się w bieg.

Biegniemy, bo i życie biegnie coraz prędzej.


W biegu przez życie napotykamy mogiły.

Przed niektórymi z nich zwalniamy – przystajemy w rozpaczy, bólu, zadumie, odczytujemy imiona, daty, wyliczamy liczbę dni, lat wędrówki spoczywającej tam snem wiecznym osoby, przywodzimy z zakamarków pamięci jej obraz, głos, dotyk.

To mogiły bliskich nam osób.


Przed innymi tylko zwalniamy, odwracamy w ich kierunku głowę – chwila refleksji, wspomnienia... i znów przyspieszamy nasz bieg do celu, jakim jest kres naszego życia.


Są również mogiły, które omijamy obojętnie.


Ale są też mogiły, przy których zadajemy sobie pytanie - dlaczego?

I nie jest odpowiedzią często widniejący napis na nagrobkach : „Bóg tak chciał”.

Bo Pan Bóg nie po to daje nam życie, by je zabrać.

Na pewno nie było Jego celem zabranie życia dwudziestu trzem górnikom.


Nie chcę się wypowiadać, kto jest winnym śmierci tych mężczyzn, nie chcę osądzać kto powinien zapłacić za cierpienie i rozpacz.


Przeglądając blogi znalazłam na Onecie blog Krzysztofa Cybucha "Marsz Wydarzeń", a w nim wiersz, który zacytuję:


Poczekaj proszę, zaraz będziemy,

dwadzieścia metrów, to nie tak wiele,

dla ciebie chwila, wieczność, my wiemy,

jesteśmy obok, jak przyjaciele.


Poczekaj proszę, na górze rodzina,

Boże, tu ogień, tu bardzo ciasno,

nieważne teraz, która godzina,

na dworze, pewnie znowu jest jasno.


Cisza w "Halembie", cisza na Rudzie,

rękami węgiel wyrywać trzeba,

maszyny nie mogą, więc muszą ludzie,

w workach wynosić kamienne nieba.


Wytrzymaj proszę, jesteśmy blisko,

na skata kiedyś jeszcze pójdziemy,

znów jakiś promyk nadzieją błysnął,

słyszysz stukanie ? to my idziemy...



W innym miejscu znalazłam napisane dokończenie tego wiersza (autor nie podpisał się):


Doszliśma chłopy; nie nasza wina;

metan nie dawał, wstrzymali akcję;

wiedzielim przecież - każda godzina

przybliża do was ostatnią stację.


Wiela nas było, radęm by dali

wynieść was nawet bez dechu w piersi;

choćbyśma mieli piersi ze stali

szybciej nie dało tam się dowiercić.


Przyszli my teraz, chodźcie na górę.

Już macie fajrant, szychta skończona.

Tam na powierzchni pocieszysz córę;

zobacz - na ciebie już czeka żona.


Pożegnaj bliskich, przyjmij sakrament

i okiem martwym spójrz ku obłokom

a potem w ziemi, gdzie czarny diament

dół wykopiemy - nie tak głęboko.





Masz już Panie Boże w niebie Aniołów, Archaniołów i Świętych zastępy, po cóż Ci 23 górników?

Być może potrzebujesz kogoś do wydobywania niebiańskich diamentów?

Oby Ich niebo nigdy już nie było kamiennym...





<*> <*>

skomentuj (2)


dodaj zobacz

Tutaj zatrzymuje sie...
Jazz
Pajacyk Pomóż, to nic nie kosztuje

Miejsca ukochane
Łódź na nowo Moje miasto
Codzienny cud
***Ola Moje wiersze


2011
marzec
2007
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad




©niedziela blog.pl da